Herbata z konfiturą z bzu, jazzowa płyta ukochanego zespołu, zapach suszących się, świeżo wypranych ubrań, miękki patchworkowy koc uszyty przez mamę, otulający moje zmarznięte stopy. Niedziela.
Nie odczuwam skrupułów, gdy weekend spędzam leniwie, spokojnie, powoli. Gotuję dobre rzeczy, śpię długo wylegując się wśród miliona poduszek. Słucham muzyki, biorę niespieszny prysznic, robię nam dobre śniadanie. Czasem spotkamy się ze znajomymi, pójdziemy do kina albo do knajpy. Nie chodzimy na imprezy ani całonocne popijawy. Pewnie większość powiedziałaby, że prowadzimy nudne życie emerytów. Że mamy po dwadzieściaparę lat, a nie szalejemy, nie przeżywamy ekscytacji, przypadkowego seksu w toalecie na dyskotece, nie pijemy Jagermeistera z wódką, nie bierzemy ecstasy, następnego dnia nie umieramy od kaca i nie wymieniamy ze znajomymi doświadczeniami typu: kto, kiedy i ile wyrzygał.
Ciekawa jestem ilu młodych ludzi dało się wkręcić w ten wir, gdzie wszyscy muszą koniecznie prowadzić taki styl życia, bo to modne, hipsterskie, tak wypada, bo wszyscy tak robią. Ilu z nich marzy o siedzeniu pod kocem w fotelu, czytaniu książki, jedzeniu francuskich rogalików, głaskaniu po karku ukochanej osoby, która zasypia z głową na waszych kolanach. O nicnierobieniu, nicniemuszeniu, po prostu byciu z sobą i dla siebie.
Uwolnijcie się z przymusu, załóżcie ciepłe skarpetki, weźcie na kolana kota, do ręki książkę, puśćcie dobrą muzykę i chill out.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia własne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia własne. Pokaż wszystkie posty
niedziela, stycznia 20, 2013
poniedziałek, lipca 16, 2012
Beginning
Zbieram się i zbieram i zebrać się nie mogę, żeby w końcu spreparować tego posta.
To był wariacki miesiąc w moim życiu, które diametralnie się zmieniło.
Wczoraj minął miesiąc, odkąd zaczęłam pracować, a trochę więcej odkąd przeprowadziłam się do Wrocławia i wiodę sobie samodzielne/samotne życie.
Muszę przyznać, że zadziwiająco dobrze to znoszę. W pracy jest nieźle (oprócz tej cholernej nudy), poznałam mnóstwo fajnych i pomocnych ludzi (99% to mężczyźni!), podciągam się z angielskiego i francuskiego i ogólnie jest pozytywnie.
Powoli poznaję Wrocław, choć nie ukrywam, że samej nie mam aż takiej motywacji, żeby wyruszać na wycieczki poza moje małe mieszkanko. Samej po prostu naprawdę nic się nie chce. Nie chodzi mi tu tylko i wyłącznie o brak M., ale też o brak przyjaciół, czy bliższych znajomych, z którymi mogę spędzać czas. Owszem, mam tu brata, na którego mogę liczyć w momentach kryzysu, ale czasem brakuje mi jakiejś bardziej kobiecej duszy, której można się wyżalić, a potem wspólnie schlać i pójść na zakupy (niekoniecznie w tej kolejności).
Generalnie, zaskakująco dobrze sobie radzę. Jestem typem panikary, która nienawidzi zmian, a mimo to jakoś daję radę. Na początku nie byłam nawet strasznie zestresowana, po prostu ze stoickim spokojem przyjmowałam wszystko, co się wydarzyło. Zupełnie jak nie ja. Albo nie. Jak ja, tylko że na prochach uspokajających. A przysięgam, z ręką harcerza na sercu, że nic nie brałam. To chyba dobrze, nie?
I ogólnie kotłuje mi się w głowie milion myśli. Jak je przesieję przez sito i ogarnę, to może pojawi się tu coś więcej.
To był wariacki miesiąc w moim życiu, które diametralnie się zmieniło.
Wczoraj minął miesiąc, odkąd zaczęłam pracować, a trochę więcej odkąd przeprowadziłam się do Wrocławia i wiodę sobie samodzielne/samotne życie.
Muszę przyznać, że zadziwiająco dobrze to znoszę. W pracy jest nieźle (oprócz tej cholernej nudy), poznałam mnóstwo fajnych i pomocnych ludzi (99% to mężczyźni!), podciągam się z angielskiego i francuskiego i ogólnie jest pozytywnie.
Powoli poznaję Wrocław, choć nie ukrywam, że samej nie mam aż takiej motywacji, żeby wyruszać na wycieczki poza moje małe mieszkanko. Samej po prostu naprawdę nic się nie chce. Nie chodzi mi tu tylko i wyłącznie o brak M., ale też o brak przyjaciół, czy bliższych znajomych, z którymi mogę spędzać czas. Owszem, mam tu brata, na którego mogę liczyć w momentach kryzysu, ale czasem brakuje mi jakiejś bardziej kobiecej duszy, której można się wyżalić, a potem wspólnie schlać i pójść na zakupy (niekoniecznie w tej kolejności).
Generalnie, zaskakująco dobrze sobie radzę. Jestem typem panikary, która nienawidzi zmian, a mimo to jakoś daję radę. Na początku nie byłam nawet strasznie zestresowana, po prostu ze stoickim spokojem przyjmowałam wszystko, co się wydarzyło. Zupełnie jak nie ja. Albo nie. Jak ja, tylko że na prochach uspokajających. A przysięgam, z ręką harcerza na sercu, że nic nie brałam. To chyba dobrze, nie?
I ogólnie kotłuje mi się w głowie milion myśli. Jak je przesieję przez sito i ogarnę, to może pojawi się tu coś więcej.
Kategorie:
miejsca,
początki bywają trudne,
przemyślenia własne,
życie codzienne
czwartek, maja 10, 2012
Myśli nieuczesane
Miałam pisać o tym, jak to wiosna wybuchła nagle z siłą bomby atomowej. Jak niesamowicie zakwitły bzy, jabłonie, odurzające zapachem derenie i głogi. Jak pachnie ziemia po wiosennej burzy i świeżo skoszony trawnik. Jak cudownie i cicho biegnie się po zielonym lesie, miękko stąpając po wilgotnym, uginającym się igliwiu, słuchając śpiewu ptaków i mijając się na trakcie ze stadami rączych, łagodnookich saren. Jak cudownie patrzeć jest na podwójną tęczę ponad dziewiczym kawałkiem puszczy i jak niesamowicie jest spacerować wśród śnieżnych zasp, gdy żar leje się z błękitnego nieba, nieskalanego ani jedną chmurką. Jak pachną zerwanego z mojego ogrodu konwalie i tulipany.
Esencja wiosny.
Cieszę się tym wszystkim, tymi szczegółami, drobiazgami, bo nic większego się w moim życiu nie zdarza. Kwiatowa sukienka, świeża pościel w czerwoną kratkę, domowy chleb z masłem czy jogurt zrobiony przez Mamę stają się moimi szczęściami dnia codziennego. Ktoś mówi, że dostał podwyżkę w pracy? Rodzi mu się dziecko? Jedzie na wakacje do Egiptu? Świetnie, wszystko fajnie, ale ja mam domowy jogurt z mleka prosto od krowy. Bukiet kwiatów od przyjaciela na stoliku. Zakwitające kaktusy w ogródku.
To trzyma mnie przy życiu, daje paliwo potrzebne do codziennego wstawania i wiary w to, że jest jakiś sens w tym wstawaniu.
Bo jeśli któregoś dnia wstanę i nie zauważę nic więcej poza niekończącymi się kredytami do spłacenia, wkurwiającym szefem, niesprawiedliwymi płacami i wojną na świecie - przypomnę sobie czas, kiedy moją radością były kaktusy, jogurt i kwitnące bzy.
A potem strzelę sobie w łeb.
Esencja wiosny.
Cieszę się tym wszystkim, tymi szczegółami, drobiazgami, bo nic większego się w moim życiu nie zdarza. Kwiatowa sukienka, świeża pościel w czerwoną kratkę, domowy chleb z masłem czy jogurt zrobiony przez Mamę stają się moimi szczęściami dnia codziennego. Ktoś mówi, że dostał podwyżkę w pracy? Rodzi mu się dziecko? Jedzie na wakacje do Egiptu? Świetnie, wszystko fajnie, ale ja mam domowy jogurt z mleka prosto od krowy. Bukiet kwiatów od przyjaciela na stoliku. Zakwitające kaktusy w ogródku.
To trzyma mnie przy życiu, daje paliwo potrzebne do codziennego wstawania i wiary w to, że jest jakiś sens w tym wstawaniu.
Bo jeśli któregoś dnia wstanę i nie zauważę nic więcej poza niekończącymi się kredytami do spłacenia, wkurwiającym szefem, niesprawiedliwymi płacami i wojną na świecie - przypomnę sobie czas, kiedy moją radością były kaktusy, jogurt i kwitnące bzy.
A potem strzelę sobie w łeb.
poniedziałek, marca 19, 2012
Goodbye, old friend.
Jeśli ktoś kiedyś zadzwoni do was i oznajmi, że ma dla was dwie wiadomości - dobrą i złą - natychmiast odłóżcie słuchawkę, oraz, broń Boże, nie wybierajcie złej wiadomości jako pierwszej do usłyszenia. To zepsuje wam humor na całe dnie.
Popełniłam ten błąd, odebrałam telefon i usłyszałam wiadomość, która do tej pory wyciska ze mnie łzy. Pożegnania zwykle nie są łatwe, a ja wyjątkowo nie daję sobie z nimi rady, tym bardziej, kiedy chodzi o coś bardzo mi bliskiego.
Jedno z moich miejsc na ziemi, moja ukochana macierzysta stadnina, moja kolebka jeździeckich umiejętności przestała istnieć. Trener podjął trudną decyzję o jej zamknięciu, sprzedaży koni i rozstaniu się z nią, pozostawiając nas, swoich wychowanków w wielkim smutku.
Jestem związana z tym miejscem, ludźmi i końmi od ośmiu lat. Były narodziny dzieci, koni, przebudowy stajni, rozstania, powitania nowych członków naszej jeździeckiej rodziny. Były rajdy, ogniska, Hubertusy, zawody, skoki przez przeszkody, zimowe, wiosenne, letnie i jesienne wyjazdy w teren, galopy po lesie, upadki, puchary, radości i smutki. Godziny spędzone w stajni przy pracy przy koniach, walka na polu w upale podczas sianokosów i żniw, praca przy poszerzaniu padoków, obrabianiu marchwi, sprzątaniu boksów, czyszczeniu koni.
Setki godzin spędzonych z ludźmi i końmi, nowymi znajomymi i przyjaciółmi. No i przede wszystkim nasz świetny trener, nauczyciel i przyjaciel, który zawsze miał czas i zawsze był gotów wysłuchać i pomóc. Perfekcyjny jeździec, który na zawsze zostanie moim mistrzem. Spajał to miejsce, sprawiał, że każdy chętnie tam przychodził i zawsze wracał z uśmiechem na ustach.
Będzie mi brakowało Namlikowa najbardziej na świecie i nie wiem czy jeszcze kiedyś wrócę do jeździectwa.
Bo nigdzie nie znajdę takich ludzi i takich koni.
Popełniłam ten błąd, odebrałam telefon i usłyszałam wiadomość, która do tej pory wyciska ze mnie łzy. Pożegnania zwykle nie są łatwe, a ja wyjątkowo nie daję sobie z nimi rady, tym bardziej, kiedy chodzi o coś bardzo mi bliskiego.
Jedno z moich miejsc na ziemi, moja ukochana macierzysta stadnina, moja kolebka jeździeckich umiejętności przestała istnieć. Trener podjął trudną decyzję o jej zamknięciu, sprzedaży koni i rozstaniu się z nią, pozostawiając nas, swoich wychowanków w wielkim smutku.
Jestem związana z tym miejscem, ludźmi i końmi od ośmiu lat. Były narodziny dzieci, koni, przebudowy stajni, rozstania, powitania nowych członków naszej jeździeckiej rodziny. Były rajdy, ogniska, Hubertusy, zawody, skoki przez przeszkody, zimowe, wiosenne, letnie i jesienne wyjazdy w teren, galopy po lesie, upadki, puchary, radości i smutki. Godziny spędzone w stajni przy pracy przy koniach, walka na polu w upale podczas sianokosów i żniw, praca przy poszerzaniu padoków, obrabianiu marchwi, sprzątaniu boksów, czyszczeniu koni.
Setki godzin spędzonych z ludźmi i końmi, nowymi znajomymi i przyjaciółmi. No i przede wszystkim nasz świetny trener, nauczyciel i przyjaciel, który zawsze miał czas i zawsze był gotów wysłuchać i pomóc. Perfekcyjny jeździec, który na zawsze zostanie moim mistrzem. Spajał to miejsce, sprawiał, że każdy chętnie tam przychodził i zawsze wracał z uśmiechem na ustach.
Będzie mi brakowało Namlikowa najbardziej na świecie i nie wiem czy jeszcze kiedyś wrócę do jeździectwa.
Bo nigdzie nie znajdę takich ludzi i takich koni.
Kategorie:
miejsca,
przemyślenia własne,
życie codzienne
piątek, lutego 24, 2012
Let's have a war, so we can go and die
Jestem zła. Jestem wściekła. Jestem smutna. Jestem bezsilna.
Przelewa się we mnie taka fala negatywnych emocji, że czuję, że już dłużej nie mogę.
Moje życie utknęło w martwym punkcie i to w każdym z możliwych aspektów. Na dzień dzisiejszy, gdyby ktoś spytał mnie czy jestem szczęśliwa to zgodnie z prawdą powiedziałabym, że nie. Więc dlaczego nic z tym nie zrobię? Nie wiem. Może jestem organicznie nieprzystosowana do życia i nie potrafię podejmować dobrych decyzji?
Szlag mnie trafia, trzęsą mi się ręce, łzy napływają do oczu. Miało być tak pięknie, tak szczęśliwie, tak cudownie. Wszyscy zawsze stawiali na mnie, że to właśnie mi uda się bezproblemowo osiągnąć wszystko, o czym tylko zapragnę, że czeka na mnie świetna kariera, miłość życia, przygody, tytuły naukowe, osiągnięcia. Ale jak widać moi Nostradamusi nie mieli racji. Zamiast tego jestem bez pracy, bez szkoły, bez perspektyw, bez ciekawego życia, a moja wielka miłość pierdoli mnie równo i interesuje się tylko sobą.
Nie umiem znaleźć w sobie ani jednej pozytywnej myśli, by się pocieszyć, nie widzę żadnego światełka w tunelu, za którym mogłabym podążać, czuję się jak roślina, jak cholerny polny chwast, który jest, bo jest.
Moje życie ostatnio to sinusoida, waha się od stanów bezmózgiej euforii do momentów wielkiej depresji(o zresztą widać po tym, co tu piszę) i zastanawiam się, czy nie jestem przypadkiem chora na chorobę dwubiegunową, bo zaczynam zauważać znaczne podobieństwo.
Błagam o strzał między oczy.
Przelewa się we mnie taka fala negatywnych emocji, że czuję, że już dłużej nie mogę.
Moje życie utknęło w martwym punkcie i to w każdym z możliwych aspektów. Na dzień dzisiejszy, gdyby ktoś spytał mnie czy jestem szczęśliwa to zgodnie z prawdą powiedziałabym, że nie. Więc dlaczego nic z tym nie zrobię? Nie wiem. Może jestem organicznie nieprzystosowana do życia i nie potrafię podejmować dobrych decyzji?
Szlag mnie trafia, trzęsą mi się ręce, łzy napływają do oczu. Miało być tak pięknie, tak szczęśliwie, tak cudownie. Wszyscy zawsze stawiali na mnie, że to właśnie mi uda się bezproblemowo osiągnąć wszystko, o czym tylko zapragnę, że czeka na mnie świetna kariera, miłość życia, przygody, tytuły naukowe, osiągnięcia. Ale jak widać moi Nostradamusi nie mieli racji. Zamiast tego jestem bez pracy, bez szkoły, bez perspektyw, bez ciekawego życia, a moja wielka miłość pierdoli mnie równo i interesuje się tylko sobą.
Nie umiem znaleźć w sobie ani jednej pozytywnej myśli, by się pocieszyć, nie widzę żadnego światełka w tunelu, za którym mogłabym podążać, czuję się jak roślina, jak cholerny polny chwast, który jest, bo jest.
Moje życie ostatnio to sinusoida, waha się od stanów bezmózgiej euforii do momentów wielkiej depresji(o zresztą widać po tym, co tu piszę) i zastanawiam się, czy nie jestem przypadkiem chora na chorobę dwubiegunową, bo zaczynam zauważać znaczne podobieństwo.
Błagam o strzał między oczy.
piątek, stycznia 13, 2012
I know what you did last Friday 13th...
Kolejny piątek trzynastego w moim życiu. Nic spektakularnego jak na razie. Nikt mnie nie zabił, nie spadłam z drabiny, nie wdepnęłam w nic paskudnego, nie złamałam nogi. Jedynie w ramach zaskoczenia pada sobie śnieg (Tak, wiem, jest styczeń!). Piątek trzynastego jest jak każdy piątek, a mimo to zawsze jakoś myślę o nim cieplej. Ja wiem, że Ty wiesz, że wiemy oboje, że chodzi o Ciebie.
Od tamtej pory wiele zmieniło się w moim życiu i we mnie. Czy na dobre? Czy na złe? Trudno mi teraz znaleźć na to odpowiedź, gdy siedzę w tej sytuacji zagrzebana aż po uszy. Może za, dajmy na to, 50 lat będę w stanie spojrzeć na ten czas i jakoś obiektywniej go ocenić, ale na razie jest to niemożliwe. W każdym razie, piątek trzynastego namieszał w moim życiu, bez niego nie byłabym dziś tym, kim jestem. Może nie jestem z tego w stu procentach zadowolona, bo życie nie układa mi się jak księżniczce w disneyowskiej bajce, ale do cholery, nie jest źle.
Chyba, że to właśnie taka powolna klątwa piątku trzynastego... Namieszać we łbie, sprawić, że zatraci realne postrzeganie rzeczywistości, swoją osobowość, zacznie wariować i w końcu wyląduje w zakładzie dla obłąkanych? A wszystko to pięknie rozłożone w czasie, żeby nikt nie spostrzegł jak jad powoli sączy się do organizmu i w ciągu lat zamienia go w śliniącego się, tłukącego łbem o ścianę zombie?
Who knows?
Od tamtej pory wiele zmieniło się w moim życiu i we mnie. Czy na dobre? Czy na złe? Trudno mi teraz znaleźć na to odpowiedź, gdy siedzę w tej sytuacji zagrzebana aż po uszy. Może za, dajmy na to, 50 lat będę w stanie spojrzeć na ten czas i jakoś obiektywniej go ocenić, ale na razie jest to niemożliwe. W każdym razie, piątek trzynastego namieszał w moim życiu, bez niego nie byłabym dziś tym, kim jestem. Może nie jestem z tego w stu procentach zadowolona, bo życie nie układa mi się jak księżniczce w disneyowskiej bajce, ale do cholery, nie jest źle.
Chyba, że to właśnie taka powolna klątwa piątku trzynastego... Namieszać we łbie, sprawić, że zatraci realne postrzeganie rzeczywistości, swoją osobowość, zacznie wariować i w końcu wyląduje w zakładzie dla obłąkanych? A wszystko to pięknie rozłożone w czasie, żeby nikt nie spostrzegł jak jad powoli sączy się do organizmu i w ciągu lat zamienia go w śliniącego się, tłukącego łbem o ścianę zombie?
Who knows?
Kategorie:
przemyślenia własne,
życie codzienne
poniedziałek, stycznia 02, 2012
Z nowym rokiem świeżym krokiem
Święta minęły mnie, nie zatrzymały się na światłach i popędziły dalej na czerwonym. Magia świąt wybrała w tym roku ciepłe kraje, omijając mnie i mój dom, śnieg obraził się na nas i w tym roku nie spadł wcale. Ale to nic. Było dobre jedzenie, choinka, fajne prezenty, luz, blues i śniadanie w piżamach. Może być.
Sylwester też na luzie, w małym gronie, przy kominku, dobrym jedzeniu i muzyce. Nie mam parcia na sylwestrowe bale w krynolinach, przy wiedeńskim walcu i w diademie na głowie, więc to było to, czego oczekiwałam. W końcu sylwester to jeszcze jeden dzień w roku, nie ma się co spuszczać ;) Przyjdzie kiedyś czas na bale.
Nowy Rok zaczął się rodzinnie, śmiesznie, na luzie, w gorących dyskusjach, podczas dojadania sylwestrowego jedzenia. Przyjemnie. Ale mam w sobie jakąś pustkę. Było fajnie, i tyle.
Noworoczną listę zrobiłam (co rzadko czynię) bez większego zapędu do realizacji kolejnych punktów. Uda się? Zajebiście! Nie? Trudno. Wiem, że z takim podejściem to ciężko coś zrealizować, ale tak już jest. Nie wmawiam sobie, że ten rok będzie niesamowity, wyjątkowy, inny od poprzedniego, kosmiczny. Sam z siebie taki nie będzie. Jak będę chciała to taki się stanie, sam z siebie nigdy.
No chyba, że w końcu pierdolnie w nas asteroida lub Ziemia rozstąpi się, pochłaniając nas w ogniach piekielnych to wtedy można powiedzieć - No, rok na miarę filmów Spielberga. Z pierdolnięciem.
Ogólnie wpis jest bez polotu, bez ładu i składu, ale chyba dlatego, że właśnie sama się tak czuję. Potrzebuję kopa, speeda, tęczy i spadających z nieba jednorożców, żeby wyrwać się z letargu. A nade wszystko chyba potrzebuję konkretnego zajęcia, które wypełni mi czas, który tak pięknie ostatnio marnuję.
Sylwester też na luzie, w małym gronie, przy kominku, dobrym jedzeniu i muzyce. Nie mam parcia na sylwestrowe bale w krynolinach, przy wiedeńskim walcu i w diademie na głowie, więc to było to, czego oczekiwałam. W końcu sylwester to jeszcze jeden dzień w roku, nie ma się co spuszczać ;) Przyjdzie kiedyś czas na bale.
Nowy Rok zaczął się rodzinnie, śmiesznie, na luzie, w gorących dyskusjach, podczas dojadania sylwestrowego jedzenia. Przyjemnie. Ale mam w sobie jakąś pustkę. Było fajnie, i tyle.
Noworoczną listę zrobiłam (co rzadko czynię) bez większego zapędu do realizacji kolejnych punktów. Uda się? Zajebiście! Nie? Trudno. Wiem, że z takim podejściem to ciężko coś zrealizować, ale tak już jest. Nie wmawiam sobie, że ten rok będzie niesamowity, wyjątkowy, inny od poprzedniego, kosmiczny. Sam z siebie taki nie będzie. Jak będę chciała to taki się stanie, sam z siebie nigdy.
No chyba, że w końcu pierdolnie w nas asteroida lub Ziemia rozstąpi się, pochłaniając nas w ogniach piekielnych to wtedy można powiedzieć - No, rok na miarę filmów Spielberga. Z pierdolnięciem.
Ogólnie wpis jest bez polotu, bez ładu i składu, ale chyba dlatego, że właśnie sama się tak czuję. Potrzebuję kopa, speeda, tęczy i spadających z nieba jednorożców, żeby wyrwać się z letargu. A nade wszystko chyba potrzebuję konkretnego zajęcia, które wypełni mi czas, który tak pięknie ostatnio marnuję.
Kategorie:
przemyślenia własne,
Wydarzenia,
życie codzienne
poniedziałek, grudnia 05, 2011
All I want for Christmas is some fucking peace and quiet
Chcę przestać się zamartwiać, denerwować, dołować, płakać, być zazdrosną, wkurwioną, niezrozumianą i niespełnioną. Móc spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie, że jestem zajebista i niczego mi nie brakuje. Że liczę się tylko ja, ja i ja. I mój święty spokój, moje spełnienie, moje szczęście. I chcę w to uwierzyć i wcielić w życie. Jak co roku.
Chcę cieszyć się, przeżywać radosne chwile, wciągać świąteczny klimat jak kokainową kreskę i błogo nie mieć żadnych prawdziwych myśli. Ograniczać się do zjedzenia ciasta, nakrycia ciepłym kocem, siedząc w fotelu, posłuchania ulubionej muzyki, wypicia herbaty z imbirem. I za najważniejszą myśl dnia uważać : To co dziś zjem na obiad?
Poważne myślenie zajmuje mi zbyt dużo czasu. Zamiast żyć życiem realnym, żyję urojonym gdybaniem i 'acojeśli'. Z moim podejściem powinnam ubrać się togę, przenieść do starożytnej Grecji i stworzyć jakąś kurewsko zawiłą i nikomu niepotrzebną filozofię, opartą na moich schizofrenicznych myślach. A potem dzieci całego świata klęłyby na mnie, ucząc się moich teorii na lekcjach filozofii czy historii.
Wracając jednak do głównego nurtu spraw (zbyt często ostatnio odbiegam od tematu, za dużo myśli!), na Boże Narodzenie chcę stać się świątecznym zombie, który do znudzenia będzie powtarzał frazę "Ciaaastooooo", a nie "Ja pierdolę, co ja robię w swoim życiu, dlaczego nic nie robię, dlaczego z nim jestem, kurwa mać, ja pierdolę, to wszystko nie ma najmniejszego sensu".
Taka miła odmiana.
I w ten tradycyjny sposób kończę, bo chce mi się płakać.
A co, kto zdołowanemu zabroni?
Chcę cieszyć się, przeżywać radosne chwile, wciągać świąteczny klimat jak kokainową kreskę i błogo nie mieć żadnych prawdziwych myśli. Ograniczać się do zjedzenia ciasta, nakrycia ciepłym kocem, siedząc w fotelu, posłuchania ulubionej muzyki, wypicia herbaty z imbirem. I za najważniejszą myśl dnia uważać : To co dziś zjem na obiad?
Poważne myślenie zajmuje mi zbyt dużo czasu. Zamiast żyć życiem realnym, żyję urojonym gdybaniem i 'acojeśli'. Z moim podejściem powinnam ubrać się togę, przenieść do starożytnej Grecji i stworzyć jakąś kurewsko zawiłą i nikomu niepotrzebną filozofię, opartą na moich schizofrenicznych myślach. A potem dzieci całego świata klęłyby na mnie, ucząc się moich teorii na lekcjach filozofii czy historii.
Wracając jednak do głównego nurtu spraw (zbyt często ostatnio odbiegam od tematu, za dużo myśli!), na Boże Narodzenie chcę stać się świątecznym zombie, który do znudzenia będzie powtarzał frazę "Ciaaastooooo", a nie "Ja pierdolę, co ja robię w swoim życiu, dlaczego nic nie robię, dlaczego z nim jestem, kurwa mać, ja pierdolę, to wszystko nie ma najmniejszego sensu".
Taka miła odmiana.
I w ten tradycyjny sposób kończę, bo chce mi się płakać.
A co, kto zdołowanemu zabroni?
Kategorie:
przemyślenia własne,
życie codzienne
czwartek, października 13, 2011
Pięciolatek
Czy pięć lat to dużo? Zależy, z której strony patrzysz. Gdyby w pewien słoneczny piątek trzynastego 2008 roku ktoś powiedział mi, że następne 5 lat spędzę w towarzystwie tego jednego faceta - pewnie bym nie uwierzyła. Bo pięć lat to kupa czasu.
A teraz, gdy myślę o sobie sprzed 5 lat i porównuję z dzisiejszą mną, wiem, że nie zmieniło się aż tak wiele.
Gdybym miała zrobić bilans rzeczy, które stały się od tego czasu wyglądałoby to mniej więcej tak:
Przeszłam drogę od włosów do pasa, poprzez krótkie do brody po znów długie; zrobiłam sobie tatuaż; nauczyłam się jeździć na nartach i motocyklu; zrobiłam prawo jazdy; byłam we Włoszech, Austrii, Niemczech, Słowacji, Czechach (milion razy), dwukrotnie w Chorwacji, nad morzem i w górach; wylałam po wiadrze łez - jedno ze smutku, drugie z radości; straciłam dwa zęby; dwa razy wylądowałam w szpitalu; byłam na 8 koncertach ukochanych zespołów; dziesiątkach imprez i zawodów motocyklowych zarówno w Polsce, jak i w Europie; zdałam maturę i dostałam dyplom na studiach; straciłam i zyskałam wielu znajomych; niezliczoną ilość razy spadłam z konia; dwukrotnie zajęłam trzecie miejsce w zawodach jeździeckich; rozbiłam samochód; dwa razy miałam stypendium naukowe na uczelni; przeczytałam setki książek, obejrzałam setki filmów i seriali; uczyłam się francuskiego; zafarbowałam włosy na zielono i milion innych rzeczy, których przypominanie i wypisywanie zajęłoby mi tu pewnie sporo czasu.
Sęk w tym, że gdzieś w tym wszystkim jesteś też Ty, dokładający się do tych sytuacji, miejsc, rzeczy. Przez 5 lat dzieliłam z Tobą radości i, niestety, smutki mojego życia. Sam też wiele z nich powodowałeś, czego z pamięci wymazać się nie da. Były wzloty i upadki, uśmiech i łzy, złość, przytulanie, czułe słówka i przekleństwa pod nosem. Były motyle w brzuchu, ale także zimna kula frustracji, złości i stresu zalegająca w żołądku. Były noce, podczas których leżąc w Twoich ramionach czułam się najbezpieczniejszym człowiekiem na Ziemi, były też takie, które nie dawały mi spać z powodu pesymistycznych myśli toczących moją głowę. Te 5 lat to sinusoida, wykres naszych wzlotów i upadków jako pary. I, jeśli mam być szczera, ilość upadków przewyższyła chyba czasem ilość wzlotów, których doświadczyliśmy.
Po co piszę to wszystko? Bo zastanawiam się, co będzie za kolejne pięć lat. Gdzie, z kim będę, jak potoczy się moje i Twoje życie. Czy będziemy razem? Kto to wie. Kto pięć lat temu przypuszczałby, że będziemy ze sobą tak długo?
Gdyby w pewien słoneczny czwartek trzynastego 2011 roku ktoś powiedział mi, że następne 5 lat spędzę w towarzystwie tego jednego faceta - pewnie bym nie uwierzyła.
A teraz, gdy myślę o sobie sprzed 5 lat i porównuję z dzisiejszą mną, wiem, że nie zmieniło się aż tak wiele.
Gdybym miała zrobić bilans rzeczy, które stały się od tego czasu wyglądałoby to mniej więcej tak:
Przeszłam drogę od włosów do pasa, poprzez krótkie do brody po znów długie; zrobiłam sobie tatuaż; nauczyłam się jeździć na nartach i motocyklu; zrobiłam prawo jazdy; byłam we Włoszech, Austrii, Niemczech, Słowacji, Czechach (milion razy), dwukrotnie w Chorwacji, nad morzem i w górach; wylałam po wiadrze łez - jedno ze smutku, drugie z radości; straciłam dwa zęby; dwa razy wylądowałam w szpitalu; byłam na 8 koncertach ukochanych zespołów; dziesiątkach imprez i zawodów motocyklowych zarówno w Polsce, jak i w Europie; zdałam maturę i dostałam dyplom na studiach; straciłam i zyskałam wielu znajomych; niezliczoną ilość razy spadłam z konia; dwukrotnie zajęłam trzecie miejsce w zawodach jeździeckich; rozbiłam samochód; dwa razy miałam stypendium naukowe na uczelni; przeczytałam setki książek, obejrzałam setki filmów i seriali; uczyłam się francuskiego; zafarbowałam włosy na zielono i milion innych rzeczy, których przypominanie i wypisywanie zajęłoby mi tu pewnie sporo czasu.
Sęk w tym, że gdzieś w tym wszystkim jesteś też Ty, dokładający się do tych sytuacji, miejsc, rzeczy. Przez 5 lat dzieliłam z Tobą radości i, niestety, smutki mojego życia. Sam też wiele z nich powodowałeś, czego z pamięci wymazać się nie da. Były wzloty i upadki, uśmiech i łzy, złość, przytulanie, czułe słówka i przekleństwa pod nosem. Były motyle w brzuchu, ale także zimna kula frustracji, złości i stresu zalegająca w żołądku. Były noce, podczas których leżąc w Twoich ramionach czułam się najbezpieczniejszym człowiekiem na Ziemi, były też takie, które nie dawały mi spać z powodu pesymistycznych myśli toczących moją głowę. Te 5 lat to sinusoida, wykres naszych wzlotów i upadków jako pary. I, jeśli mam być szczera, ilość upadków przewyższyła chyba czasem ilość wzlotów, których doświadczyliśmy.
Po co piszę to wszystko? Bo zastanawiam się, co będzie za kolejne pięć lat. Gdzie, z kim będę, jak potoczy się moje i Twoje życie. Czy będziemy razem? Kto to wie. Kto pięć lat temu przypuszczałby, że będziemy ze sobą tak długo?
Gdyby w pewien słoneczny czwartek trzynastego 2011 roku ktoś powiedział mi, że następne 5 lat spędzę w towarzystwie tego jednego faceta - pewnie bym nie uwierzyła.
Kategorie:
przemyślenia własne,
Wydarzenia,
życie codzienne
środa, października 12, 2011
Nowy rozdział: "Bez tytułu"
W pewnym sensie, jestem w miejscu, które mogę nazwać nowym.
Czuję się tak, jak kiedyś, ale inaczej.
Nie poszłam na studia, nie mam pracy, jestem w domu z rodzicami. Czy jest mi źle? Hm, nie. Lubię mój dom i rodzinę, dobrze się tu czuję. Permanentne wakacje. Kłopot zaczyna się w momencie finansowym. Nie, rodzice nie każą mi płacić za swój pobyt w domu, ale bez własnych funduszy czuję się jak w dzieciństwie, kiedy o każdą, najgłupszą zachciewajkę musiałam prosić rodziców. I to mi przeszkadza. Fakt, że powinnam w końcu dorosnąć i opuścić rodzinne gniazdo, żeby żyć własnym życiem i tworzyć swój własny dom jednocześnie przeraża mnie i fascynuje. Chcę tego, ale jak na razie nic się na to nie zanosi. A może po prostu za mało tego chcę?
Decydując się na taki obrót spraw, tłumaczyłam, że to tylko przejściowe, to czas, który daję sobie na poszukanie własnej drogi. Ale jej nie szukam, a czas mija. A jeśli zaraz znów będzie październik? Nie jestem ani o krok bliżej odnalezienia wyjścia, sposobu na życie, swojego miejsca w świecie. A może się czepiam, bo jest za wcześnie? Dam sobie czas.
Na dorośnięcie.
P.S. Fakt, że wyglądam jak chomik wcale nie pomaga mi poczuć się dobrze i pozytywnie myśleć o przyszłości. W tej chwili chcę jedynie, żeby zeszła mi opuchlizna z twarzy i żeby już nigdy w życiu nie iść do dentysty.
Czuję się tak, jak kiedyś, ale inaczej.
Nie poszłam na studia, nie mam pracy, jestem w domu z rodzicami. Czy jest mi źle? Hm, nie. Lubię mój dom i rodzinę, dobrze się tu czuję. Permanentne wakacje. Kłopot zaczyna się w momencie finansowym. Nie, rodzice nie każą mi płacić za swój pobyt w domu, ale bez własnych funduszy czuję się jak w dzieciństwie, kiedy o każdą, najgłupszą zachciewajkę musiałam prosić rodziców. I to mi przeszkadza. Fakt, że powinnam w końcu dorosnąć i opuścić rodzinne gniazdo, żeby żyć własnym życiem i tworzyć swój własny dom jednocześnie przeraża mnie i fascynuje. Chcę tego, ale jak na razie nic się na to nie zanosi. A może po prostu za mało tego chcę?
Decydując się na taki obrót spraw, tłumaczyłam, że to tylko przejściowe, to czas, który daję sobie na poszukanie własnej drogi. Ale jej nie szukam, a czas mija. A jeśli zaraz znów będzie październik? Nie jestem ani o krok bliżej odnalezienia wyjścia, sposobu na życie, swojego miejsca w świecie. A może się czepiam, bo jest za wcześnie? Dam sobie czas.
Na dorośnięcie.
P.S. Fakt, że wyglądam jak chomik wcale nie pomaga mi poczuć się dobrze i pozytywnie myśleć o przyszłości. W tej chwili chcę jedynie, żeby zeszła mi opuchlizna z twarzy i żeby już nigdy w życiu nie iść do dentysty.
Kategorie:
przemyślenia własne,
życie codzienne
czwartek, września 15, 2011
I nawet pies przewodnik mi nie pomoże
Jestem ślepa, a jednocześnie widzę wszystko aż nadto wyraźnie. Widzę każdy błąd, zły krok, źle podjętą decyzję, nie musicie mi tego mówić. Powiesz mi prosto w oczy, że stoję nad przepaścią i jeden krok do przodu równa się katastrofie. A ja przyznam Ci rację, a potem zrobię krok. Nie dlatego, że nie wierzę, czy jestem jakoś wyjątkowo odważna, ale zrobię to, bo chcę pozostać ślepa.
Otworzenie oczu wiąże się ze stawieniem czoła problemom, znalezieniem jakiegoś rozwiązania, ruszeniem z miejsca. Bycie ślepym jest najgłupszą, ale najwygodniejszą rzeczą jaką mogę zrobić. Wiem, że to głupie, bezsensowne, idiotyczne. Ja to WIEM. Ale w strachu przed zmianami jestem gotowa dać sobie zaszyć powieki, żeby żyć w ślepocie i nieświadomości. Żeby odsunąć od siebie moment, w którym należy podjąć decyzję.
A przecież wiem, że to tylko jeden moment, poboli (nawet jeśli dłużej) i przestanie. Bo nie jestem pierwszym człowiekiem na świecie, który miałby spalić za sobą mosty, zapomnieć i zacząć żyć od nowa, gdzie indziej i z kim innym. Takich ludzi są miliardy, byli i będą. I nikt, do cholery, nie robi z tego problemu, tylko JA!
What the fuck is wrong with me?
Otworzenie oczu wiąże się ze stawieniem czoła problemom, znalezieniem jakiegoś rozwiązania, ruszeniem z miejsca. Bycie ślepym jest najgłupszą, ale najwygodniejszą rzeczą jaką mogę zrobić. Wiem, że to głupie, bezsensowne, idiotyczne. Ja to WIEM. Ale w strachu przed zmianami jestem gotowa dać sobie zaszyć powieki, żeby żyć w ślepocie i nieświadomości. Żeby odsunąć od siebie moment, w którym należy podjąć decyzję.
A przecież wiem, że to tylko jeden moment, poboli (nawet jeśli dłużej) i przestanie. Bo nie jestem pierwszym człowiekiem na świecie, który miałby spalić za sobą mosty, zapomnieć i zacząć żyć od nowa, gdzie indziej i z kim innym. Takich ludzi są miliardy, byli i będą. I nikt, do cholery, nie robi z tego problemu, tylko JA!
What the fuck is wrong with me?
Kategorie:
przemyślenia własne,
życie codzienne
piątek, września 09, 2011
Dead inside
Nie chce mi się żyć, oddychać, mrugać oczami. Mam ochotę zasnąć na wieki. Mam odruch wymiotny na wszystko, mdłości. Smutek nie opuszcza mnie ani na chwilę. Nie mam siły, żeby się uśmiechnąć, moja twarz zastyga w pozycji "jak najmniej ruchu". Na nic nie mam ochoty, a przebywanie z innymi ludźmi powoduje we mnie frustrację.
Dalibyście wiarę, że to jest spowodowane odstawieniem węglowodanów i witamin, a nie depresją?
Ja też nie.
Uwielbiam jeść, jedzenie jest dla mnie przyjemnością. Lubię gotować, wymyślać nowe rzeczy, łączyć smaki. Uwielbiam próbować nowych potraw, ulepszać stare przepisy. Chodząc na zakupy spożywcze czuję się euforycznie. Tyle możliwości, tyle smaków.
I wcale nie przepadam za słodyczami. Rzadko zdarza mi się zjeść czekoladę, czekoladki (fuj), czy inne cukierki. O wiele bardziej przepadam za ciastami, głównie lekkimi, z owocami. Mogę zjeść wiadro jabłek, brzoskwiń, melonów, czy mango i to sprawia mi przyjemność porównywalną z zakupem uroczego szczeniaczka.
Fakt, że tym, czym ostatnio się żywię jest głównie kurczak, chudy biały ser i jajka powoduje we mnie taki smutek i bezsilność, że nie wiem czy będę mieć siłę, by dokończyć tego posta. Ja nie wiem jak ludzie na diecie dają sobie radę. Nie wiem, jak potrafią zrzucić 20 kilo jedząc samo białko. Jak z tym wytrzymują? Przecież to jak samobójstwo.
Moja produkcja endorfin i energii ustała na poziomie zero i jedyne na co mam ochotę to sen.
Czy warto się tak męczyć dla zrzucenia kilku kilogramów?
Nie wiem. Może jutro będzie lepiej?
A może zjem coś słodkiego?
Dalibyście wiarę, że to jest spowodowane odstawieniem węglowodanów i witamin, a nie depresją?
Ja też nie.
Uwielbiam jeść, jedzenie jest dla mnie przyjemnością. Lubię gotować, wymyślać nowe rzeczy, łączyć smaki. Uwielbiam próbować nowych potraw, ulepszać stare przepisy. Chodząc na zakupy spożywcze czuję się euforycznie. Tyle możliwości, tyle smaków.
I wcale nie przepadam za słodyczami. Rzadko zdarza mi się zjeść czekoladę, czekoladki (fuj), czy inne cukierki. O wiele bardziej przepadam za ciastami, głównie lekkimi, z owocami. Mogę zjeść wiadro jabłek, brzoskwiń, melonów, czy mango i to sprawia mi przyjemność porównywalną z zakupem uroczego szczeniaczka.
Fakt, że tym, czym ostatnio się żywię jest głównie kurczak, chudy biały ser i jajka powoduje we mnie taki smutek i bezsilność, że nie wiem czy będę mieć siłę, by dokończyć tego posta. Ja nie wiem jak ludzie na diecie dają sobie radę. Nie wiem, jak potrafią zrzucić 20 kilo jedząc samo białko. Jak z tym wytrzymują? Przecież to jak samobójstwo.
Moja produkcja endorfin i energii ustała na poziomie zero i jedyne na co mam ochotę to sen.
Czy warto się tak męczyć dla zrzucenia kilku kilogramów?
Nie wiem. Może jutro będzie lepiej?
A może zjem coś słodkiego?
Kategorie:
kuchennie,
przemyślenia własne,
życie codzienne
niedziela, sierpnia 28, 2011
Lazy days
Do popełnienia tego wpisu próbuję zmusić się od kilku dni. Nie, żeby nie chciało mi się o tym pisać, bo temat jest nudny, tylko jakoś przestałam czuć potrzebę przelewania tego tutaj. Obgadałam, rozmyślałam i przeżywałam moje wakacje milion razy i nie chce mi się wałkować tego tutaj.
W skrócie: było mega zajebiście. To w bardzo wielkim skrócie.
W ramach większych detali: słońce, 40 stopni celsjusza, niemiecko-włoskie Alpy, kręte dróżki, skały pnące się do nieba. Wielkie miasto nocą, niesamowite 6 godzin spędzonych w muzeum, przyjaciele niewidziani od lat. Jezioro pomiędzy górami, błękitna woda, pływanie z łabędziami, pizza jedzona na plaży połączona z patrzeniem w rozgwieżdżone niebo. Nocne pływanie, podniecanie się każdym przejeżdżającym Porsche i Vespą (a były ich tysiące!), piękne włoskie wille, architektura, zamki, balkony i place. Verona i najsławniejszy balkon świata, biust Giulietty, mrożone lody w największy upał. Godziny spędzone na plaży, leżenie pod drzewami, skakanie z pomostu.
To tylko część z tego, co udało się przeżyć w te kilka dni. Naprawdę świetne wakacje, które mogłyby się nie kończyć. M. już wie, że można i że jest cudownie. Jest szansa na cud i stopniową zmianę. (Taaa...)
Anyway, wakacje zakończone, teraz trzeba zacząć żyć życiem poważnym.
Ktoś ma pomysł jak to zrobić?
W skrócie: było mega zajebiście. To w bardzo wielkim skrócie.
W ramach większych detali: słońce, 40 stopni celsjusza, niemiecko-włoskie Alpy, kręte dróżki, skały pnące się do nieba. Wielkie miasto nocą, niesamowite 6 godzin spędzonych w muzeum, przyjaciele niewidziani od lat. Jezioro pomiędzy górami, błękitna woda, pływanie z łabędziami, pizza jedzona na plaży połączona z patrzeniem w rozgwieżdżone niebo. Nocne pływanie, podniecanie się każdym przejeżdżającym Porsche i Vespą (a były ich tysiące!), piękne włoskie wille, architektura, zamki, balkony i place. Verona i najsławniejszy balkon świata, biust Giulietty, mrożone lody w największy upał. Godziny spędzone na plaży, leżenie pod drzewami, skakanie z pomostu.
To tylko część z tego, co udało się przeżyć w te kilka dni. Naprawdę świetne wakacje, które mogłyby się nie kończyć. M. już wie, że można i że jest cudownie. Jest szansa na cud i stopniową zmianę. (Taaa...)
Anyway, wakacje zakończone, teraz trzeba zacząć żyć życiem poważnym.
Ktoś ma pomysł jak to zrobić?
Kategorie:
przemyślenia własne,
życie codzienne
czwartek, lipca 28, 2011
Podobno
Podobno każdy ma swoją ulubioną bajkę.
Moja ulubiona była o tym, że mnie kochasz.
It's not just funny, but also true!
Moja ulubiona była o tym, że mnie kochasz.
It's not just funny, but also true!
sobota, lipca 16, 2011
Wszystkie fajne dziewczyny łączą się z nieodpowiednimi facetami
Jesteś ładna? Inteligentna? Czuła? Utalentowana? Kochająca? Wrażliwa na cierpienie innych?
Założę się więc, że Twój facet jest popieprzonym, zdradzającym Cię sukinsynem, który w całym życiu kochał tylko siebie i swoją matkę. Który nie przytuli Cię, czując, że coś jest nie tak, nie okaże zrozumienia i czułości. Okłamie Cię za to i nigdy nie zapewni Ci komfortu psychicznego, nie mówiąc już o planowaniu wspólnej przyszłości.
A Ty, moja miła koleżanko, zapatrzona będziesz w niego jak w obrazek. Nie dasz powiedzieć o nim złego słowa, nawet jeśli codziennie będzie wracał nawalony od swojej kochanki. Będziesz spełniać jego marzenia, potrzeby, zachcianki, stawać na głowie, kombinować, żeby jemu było dobrze. A on to wszystko weźmie, bo mu się należy.
Będziesz przymykać oczy na duże i jeszcze większe błędy, udawać piękną miłość i święcie wierzyć, że nadejdzie ta wiekopomna chwila, że on się zmieni i już na zawsze i zawsze i zawsze będziecie żyli długo i szczęśliwie. Am I right?
Rozejrzyjcie się wokół, bo ten scenariusz wcale nie jest tak zmyślony, jak się wam wydaje.
True story.
Założę się więc, że Twój facet jest popieprzonym, zdradzającym Cię sukinsynem, który w całym życiu kochał tylko siebie i swoją matkę. Który nie przytuli Cię, czując, że coś jest nie tak, nie okaże zrozumienia i czułości. Okłamie Cię za to i nigdy nie zapewni Ci komfortu psychicznego, nie mówiąc już o planowaniu wspólnej przyszłości.
A Ty, moja miła koleżanko, zapatrzona będziesz w niego jak w obrazek. Nie dasz powiedzieć o nim złego słowa, nawet jeśli codziennie będzie wracał nawalony od swojej kochanki. Będziesz spełniać jego marzenia, potrzeby, zachcianki, stawać na głowie, kombinować, żeby jemu było dobrze. A on to wszystko weźmie, bo mu się należy.
Będziesz przymykać oczy na duże i jeszcze większe błędy, udawać piękną miłość i święcie wierzyć, że nadejdzie ta wiekopomna chwila, że on się zmieni i już na zawsze i zawsze i zawsze będziecie żyli długo i szczęśliwie. Am I right?
Rozejrzyjcie się wokół, bo ten scenariusz wcale nie jest tak zmyślony, jak się wam wydaje.
True story.
wtorek, lipca 12, 2011
Nienawidzę wolności, zmusza do dokonywania wyborów
Miał rację, ten Salvador Dali.
Oprócz okrutnie pokręconych wąsów i dziwnego, przećpanego spojrzenia na świat sztuki miał rację.
Nie myślę o sobie w sposób aż tak bardzo ekscentryczny jak ów hiszpański artysta, ale pod jego słowami podpisuje się każdą częścią ciała.
Mam wolność wyboru, błogosławieństwo rodziców, równouprawnienie, wolność wyznania i orientacji seksualnej i wszystko, o czym arabskie kobiety mogą pomarzyć. I nie umiem z tego skorzystać.
Wolność przeraża mnie, bo stanowi dla mnie krok w przepaść wielkiej niewiadomej. Zmusza do podjęcia wyboru, w którą stronę się udać. Bo nie można tkwić na środku skrzyżowania w nieskończoność.
Prędzej, czy później pierdolnie w nas rozpędzony autobus.
Na razie siedzę po środku i czekam na mniejszy lub większy cud. Palec boży, który wskaże mi stronę, w którą mam się udać, klucz gęsi który ułoży się w strzałkę, wskazującą kierunek, czy proroczy sen, który powie mi, co mam zrobić ze sobą i swoim życiem.
Wiem, jestem naiwna jak pięcioletnie dziecko, wierzące w świętego Mikołaja.
Poczekam, popatrzę. Nie cofnę kijem Wisły.
Oprócz okrutnie pokręconych wąsów i dziwnego, przećpanego spojrzenia na świat sztuki miał rację.
Nie myślę o sobie w sposób aż tak bardzo ekscentryczny jak ów hiszpański artysta, ale pod jego słowami podpisuje się każdą częścią ciała.
Mam wolność wyboru, błogosławieństwo rodziców, równouprawnienie, wolność wyznania i orientacji seksualnej i wszystko, o czym arabskie kobiety mogą pomarzyć. I nie umiem z tego skorzystać.
Wolność przeraża mnie, bo stanowi dla mnie krok w przepaść wielkiej niewiadomej. Zmusza do podjęcia wyboru, w którą stronę się udać. Bo nie można tkwić na środku skrzyżowania w nieskończoność.
Prędzej, czy później pierdolnie w nas rozpędzony autobus.
Na razie siedzę po środku i czekam na mniejszy lub większy cud. Palec boży, który wskaże mi stronę, w którą mam się udać, klucz gęsi który ułoży się w strzałkę, wskazującą kierunek, czy proroczy sen, który powie mi, co mam zrobić ze sobą i swoim życiem.
Wiem, jestem naiwna jak pięcioletnie dziecko, wierzące w świętego Mikołaja.
Poczekam, popatrzę. Nie cofnę kijem Wisły.
Kategorie:
przemyślenia własne,
życie codzienne
czwartek, czerwca 16, 2011
A change is gonna come
Zmiany wywołują we mnie panikę. Wielką gulę w żołądku, która rwie się do góry, by w apogeum wydostać się na światło dzienne wraz z krzykiem z głębi duszy. Zmiany są niewiadomą, która jednak może okazać się przyjemna i pozytywna. Może nas zaskoczyć, zmusić do refleksji i podjęcia kolejnych zmian.
Pozornie błahe rzeczy, jak nowa fryzura, czy zdecydowanie się na zjedzenie ostryg może mieć zbawienne skutki. Okaże się, że zajebiście jest nam w niebieskich włosach, a ostrygi nawet dają radę. I może wtedy, krok po kroku, będziemy oswajać się ze zmianami - najpierw małymi, potem coraz większymi. Aż w końcu zmienimy swoje życie na tyle, że gdy usiądziemy w bujanym fotelu na werandzie naszego domu popatrzymy w dal na zachodzące słońce powiemy w duchu: "Ale było zajebiście!".
Czego wam i sobie życzę.
Pozornie błahe rzeczy, jak nowa fryzura, czy zdecydowanie się na zjedzenie ostryg może mieć zbawienne skutki. Okaże się, że zajebiście jest nam w niebieskich włosach, a ostrygi nawet dają radę. I może wtedy, krok po kroku, będziemy oswajać się ze zmianami - najpierw małymi, potem coraz większymi. Aż w końcu zmienimy swoje życie na tyle, że gdy usiądziemy w bujanym fotelu na werandzie naszego domu popatrzymy w dal na zachodzące słońce powiemy w duchu: "Ale było zajebiście!".
Czego wam i sobie życzę.
Coś się kończy, a niekoniecznie zaczyna
Wczoraj odebrałam dyplom, który zaświadcza o tym, że muszę być prawdziwym crazy ass motherfucker, bo przetrwałam na tej pojebanej uczelni całe trzy lata. Z punktu końcówego trzy lata wydają się być mrugnięciem oka, niemniej jednak wiem, że w ciągu tego czasu zdarzyło się wiele rzeczy, w większości niekoniecznie dobrych. Uczelnia napsuła mi krwi, jak nic innego na świecie, powodowała tyle agresji, stresu i złości, że nie tylko ja, ale wszyscy wokoło mnie mieli ochotę wyskoczyć przez okno.
Ale to wszystko już za mną. Szkoda tylko, że, jak na ironię, najfajniej z ludźmi zaczęło się robić właśnie w ostatnich miesiącach semestru. Teraz wszyscy się rozstajemy, każdy idzie w inną stronę i cóż, nie ma co ukrywać, pewnie się nie spotkamy.
W trosce o zdrowie psychiczne moje i moich bliskich zdecydowałam się nie iść dalej na studia i zrobić sobie przerwę. Może w tym czasie wreszcie odnajdę coś, co chciałabym robić, nabędę trochę marzeń i celu w życiu, bo jest mi to bardzo potrzebne. A w tej chwili studia wydają się być ostatnią z tych rzeczy.
Tak więc pozdrawiam, jako dyplomowany filolog, ja, leżąca do 12 w łóżku i gotowa na wakacje, które wielkimi krokami nadchodzą od najbliższego poniedziałku.
Ahoj!
Ale to wszystko już za mną. Szkoda tylko, że, jak na ironię, najfajniej z ludźmi zaczęło się robić właśnie w ostatnich miesiącach semestru. Teraz wszyscy się rozstajemy, każdy idzie w inną stronę i cóż, nie ma co ukrywać, pewnie się nie spotkamy.
W trosce o zdrowie psychiczne moje i moich bliskich zdecydowałam się nie iść dalej na studia i zrobić sobie przerwę. Może w tym czasie wreszcie odnajdę coś, co chciałabym robić, nabędę trochę marzeń i celu w życiu, bo jest mi to bardzo potrzebne. A w tej chwili studia wydają się być ostatnią z tych rzeczy.
Tak więc pozdrawiam, jako dyplomowany filolog, ja, leżąca do 12 w łóżku i gotowa na wakacje, które wielkimi krokami nadchodzą od najbliższego poniedziałku.
Ahoj!
Kategorie:
przemyślenia własne,
życie codzienne
wtorek, czerwca 07, 2011
You can't judge book by looking at the cover, honey
Drobna blondynka o pięknym uśmiechu, długich włosach i niebieskich oczach. Gdy się uśmiecha wygląda na co najwyżej 16 lat.
Gdy założy sukienkę w kwiatki wygląda jak porcelanowa laleczka. Patrzysz na nią i myślisz, że to nieśmiała, spokojna i ułożona dziewczynka, która całymi dniami wyszywa i śpiewa w kościelnym chórze.
Gdy założy ostrzejszy makijaż, czerwone szpilki i mocno wyciętą sukienkę myślisz, że jest kurwą, blondynką, która rozłoży przed tobą nogi na potańcówce w Daytonie. Że jej życiowym mottem jest zrobić loda za podróbę torebki Louis Vuitton'a i malować swoje długie paznokcie na różne odcienie różowego koloru.
Gdy zdaje wszystkie sesje za pierwszym podejściem, chodzi na wszystkie zajęcia i siedzi w pierwszej ławce, myślisz, że jest no-lifem, który nie imprezuje, a do poduszki czyta notatki z gramatyki historycznej języka polskiego.
Gdy stoi przed tobą w czerwonym satynowym gorsecie i samonośnych pończochach, przyciska cię do ściany i ściskając cię za tyłek mruczy, że chce, byś wziął ją od tyłu myślisz, że jest diablicą, namiętnym demonem seksu.
Można tę wyliczankę ciągnąć bez końca. W oczach stu tysięcy osób masz sto tysięcy wizerunków. Ludzie patrzą na ciebie i w ciągu zaledwie kilku minut kreują wyobrażenie ciebie, które nazywamy pierwszym wrażeniem.
Często cholernie mylnym.
Patrzysz na mnie i nigdy byś nie pomyślał, że lubię mocnego rocka i metal, ale też muzykę klasyczną i jazz. Że uwielbiam pływać nago w morzu. Że na plecach mam tatuaż. Że uwielbiam chodzić do dentysty. Że będąc nastolatką namówiłam rodziców, by przenocowali u nas chłopaka, którego poznałam przez internet i nigdy nie widziałam na żywo. Że przedkładam trampki nad szpilki, a czasem, żeby poprawić sobie humor zakładam swoje najpiękniejsze sukienki i po prostu gapię się na siebie w lustrze. Że uwielbiam małże i cytrynowe lody.
Że przespałabym się z Penelopą Cruz i Johnny'm Depp'em. Naraz.
Naprawdę, patrząc na mnie przez te kilka minut nie dowiesz się tego wszystkiego. Wykreujesz za to któryś z miliona powyższych obrazków, zaszufladkujesz i przypniesz mi etykietkę 'taka czy owaka'.
Pomyśl o tym następnym razem, kiedy mnie spotkasz.
Albo nie myśl.
Bo i tak mam twoje zdanie głęboko w dupie.
Gdy założy sukienkę w kwiatki wygląda jak porcelanowa laleczka. Patrzysz na nią i myślisz, że to nieśmiała, spokojna i ułożona dziewczynka, która całymi dniami wyszywa i śpiewa w kościelnym chórze.
Gdy założy ostrzejszy makijaż, czerwone szpilki i mocno wyciętą sukienkę myślisz, że jest kurwą, blondynką, która rozłoży przed tobą nogi na potańcówce w Daytonie. Że jej życiowym mottem jest zrobić loda za podróbę torebki Louis Vuitton'a i malować swoje długie paznokcie na różne odcienie różowego koloru.
Gdy zdaje wszystkie sesje za pierwszym podejściem, chodzi na wszystkie zajęcia i siedzi w pierwszej ławce, myślisz, że jest no-lifem, który nie imprezuje, a do poduszki czyta notatki z gramatyki historycznej języka polskiego.
Gdy stoi przed tobą w czerwonym satynowym gorsecie i samonośnych pończochach, przyciska cię do ściany i ściskając cię za tyłek mruczy, że chce, byś wziął ją od tyłu myślisz, że jest diablicą, namiętnym demonem seksu.
Można tę wyliczankę ciągnąć bez końca. W oczach stu tysięcy osób masz sto tysięcy wizerunków. Ludzie patrzą na ciebie i w ciągu zaledwie kilku minut kreują wyobrażenie ciebie, które nazywamy pierwszym wrażeniem.
Często cholernie mylnym.
Patrzysz na mnie i nigdy byś nie pomyślał, że lubię mocnego rocka i metal, ale też muzykę klasyczną i jazz. Że uwielbiam pływać nago w morzu. Że na plecach mam tatuaż. Że uwielbiam chodzić do dentysty. Że będąc nastolatką namówiłam rodziców, by przenocowali u nas chłopaka, którego poznałam przez internet i nigdy nie widziałam na żywo. Że przedkładam trampki nad szpilki, a czasem, żeby poprawić sobie humor zakładam swoje najpiękniejsze sukienki i po prostu gapię się na siebie w lustrze. Że uwielbiam małże i cytrynowe lody.
Że przespałabym się z Penelopą Cruz i Johnny'm Depp'em. Naraz.
Naprawdę, patrząc na mnie przez te kilka minut nie dowiesz się tego wszystkiego. Wykreujesz za to któryś z miliona powyższych obrazków, zaszufladkujesz i przypniesz mi etykietkę 'taka czy owaka'.
Pomyśl o tym następnym razem, kiedy mnie spotkasz.
Albo nie myśl.
Bo i tak mam twoje zdanie głęboko w dupie.
Kategorie:
przemyślenia własne,
życie codzienne
piątek, maja 27, 2011
To już jest koniec, nie ma już nic
Dzisiaj był mój ostatni, oficjalny dzień uczelniany. Indeks, wszystkie papiery i dokumenty zostały oddane do dziekanatu, więc pozostało tylko czekać na formalność, jaką będzie egzamin dyplomowy.
Przepełniło mnie dziś cudowne uczucie, że już nigdy tam nie wrócę i nie będę musiała zgrzytać zębami ze złości, jaką wywoływało we mnie przebywanie na tej uczelni przez 3 lata.
Jedyna szkoda jest taka, że (jak zwykle) zaczęło się robić fajnie między ludźmi, których już pewnie nie spotkam do końca życia. No cóż, life.
Odreagowuję te trzy lata, które z dzisiejszej perspektywy zleciały nader szybko, leżąc w łóżku, popijając pyszną herbatę i czytając książkę (nie lekturę, o nie!), która sprawia mi przyjemność. Zjem coś dobrego, poleżę, wyluzuję.
Bo w końcu po trzech latach stresu należy mi się jakiś chill out.
P.S.
Gdyby którejś z was przyszło do głowy przechadzać się po mieście w taki zimny dzień jak dziś w samej koszulce z krótkim rękawem - gorąco odradzam.
Chyba, że lubicie napotykać na wzrok setek mężczyzn na ulicach świdrujący wasze sterczące z zimna sutki.
Przepełniło mnie dziś cudowne uczucie, że już nigdy tam nie wrócę i nie będę musiała zgrzytać zębami ze złości, jaką wywoływało we mnie przebywanie na tej uczelni przez 3 lata.
Jedyna szkoda jest taka, że (jak zwykle) zaczęło się robić fajnie między ludźmi, których już pewnie nie spotkam do końca życia. No cóż, life.
Odreagowuję te trzy lata, które z dzisiejszej perspektywy zleciały nader szybko, leżąc w łóżku, popijając pyszną herbatę i czytając książkę (nie lekturę, o nie!), która sprawia mi przyjemność. Zjem coś dobrego, poleżę, wyluzuję.
Bo w końcu po trzech latach stresu należy mi się jakiś chill out.
P.S.
Gdyby którejś z was przyszło do głowy przechadzać się po mieście w taki zimny dzień jak dziś w samej koszulce z krótkim rękawem - gorąco odradzam.
Chyba, że lubicie napotykać na wzrok setek mężczyzn na ulicach świdrujący wasze sterczące z zimna sutki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)