Pragnę Cię stale, lecz nie tak bardzo.
Marzę o Tobie, lecz nie tak bardzo.
Dobrze mi z Tobą, lecz coraz częściej myślę, że
Kocham i nie kocham Cię.
Ewa Bem
Czasem nawet bezsensowne piosenki mają w sobie trochę życiowej prawdy.
Don't they?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
sobota, października 22, 2011
poniedziałek, kwietnia 11, 2011
Bonobono
Sobotni koncert Bonobo we Wrocławiu był mistrzowski. Tak świetny, że nie chciało się opuszczać klubu, licząc na to, że może zespół pomyli się i zagra jeszcze raz. Boskie kawałki w cudownej aranżacji. Elektroniczne downtempo z gitarami, saksofonem, fortepianem, fletem, perkusją i eterycznym kobiecym wokalem to jest coś, co mnie kręci.
Nie jestem mistrzem w pisaniu recenzji, a tego, co się tam działo nie umiem opisać słowami. Po prostu poezja.
I wszyscy ci, którzy zrezygnowali z kupna biletu na rzecz zakupów w Factory - shame on you! Żałujcie, że was nie było, bo przegapiliście kawał grubego koncertu ;)
P.S. Aha, gdyby ktoś pytał - odstraszanie gołębi za pomocą symulacji odgłosów jastrzębia NIE DZIAŁA.
Dziękuję za uwagę.
Nie jestem mistrzem w pisaniu recenzji, a tego, co się tam działo nie umiem opisać słowami. Po prostu poezja.
I wszyscy ci, którzy zrezygnowali z kupna biletu na rzecz zakupów w Factory - shame on you! Żałujcie, że was nie było, bo przegapiliście kawał grubego koncertu ;)
P.S. Aha, gdyby ktoś pytał - odstraszanie gołębi za pomocą symulacji odgłosów jastrzębia NIE DZIAŁA.
Dziękuję za uwagę.
sobota, listopada 20, 2010
Ile to się człowiek musi narobić...
Właśnie przeczytałam, że aby spalić kalorie z mojej dzisiejszej kolacji musiałabym uprawiać seks przez jakieś 250 minut. Hm, łączenie przyjemnego z pożytecznym?
Ktoś chętny pomóc w walce z otyłością? (Swoją drogą, 250 minut brzmi prawie niemożliwie...)
Ps. Właśnie w Trójce leci audycja z Kings of Leon - kto to czyta niech natychmiast przestanie i zacznie słuchać Trójki! ;)
Ktoś chętny pomóc w walce z otyłością? (Swoją drogą, 250 minut brzmi prawie niemożliwie...)
Ps. Właśnie w Trójce leci audycja z Kings of Leon - kto to czyta niech natychmiast przestanie i zacznie słuchać Trójki! ;)
Kategorie:
muzyka,
przemyślenia własne,
życie codzienne
Ty, co nie lubisz trawy - who you wanna be?
Czwartkowy koncert Łąki Łan był chyba najpozytywniejszym wydarzeniem mojego życia. Niesamowita atmosfera, fajny klub, genialna muzyka i kapela, na której widok człowiek nie może się nie uśmiechać.
Wyskakałam się, wypogowałam, wyśpiewałam, zdarłam gardło na ulubionych kawałkach, naśmiałam się jak norka. Najlepszy koncert ever!
No bo powiedzcie mi, na którym koncercie rozdają cukierki, rzucają kwiaty i dmuchane żaby, są fajerwerki, wokalista śpiewa do pluszowej gąsienicy i popija z różowej konewki-słonika? Czy na jakimkolwiek koncercie na świecie spotkacie Paprodziada, MegaMotyla, Jeżusia Mariana, Ponia Kolnego, Bonka i Zająca Cokictokloca? Tylko na Łąki Łan!
Niesamowicie pozytywne wydarzenie. Na następny koncert koniecznie muszę wyposażyć się we własne czułki.
A poza tym:
fajni ludzie, nowi znajomi, nowe miejsca, dawno nie widziany przyjaciel, tradycyjny wrocławski kebab i ozdoby świąteczne w listopadzie.
Love Wrocław <3
Wyskakałam się, wypogowałam, wyśpiewałam, zdarłam gardło na ulubionych kawałkach, naśmiałam się jak norka. Najlepszy koncert ever!
No bo powiedzcie mi, na którym koncercie rozdają cukierki, rzucają kwiaty i dmuchane żaby, są fajerwerki, wokalista śpiewa do pluszowej gąsienicy i popija z różowej konewki-słonika? Czy na jakimkolwiek koncercie na świecie spotkacie Paprodziada, MegaMotyla, Jeżusia Mariana, Ponia Kolnego, Bonka i Zająca Cokictokloca? Tylko na Łąki Łan!
Niesamowicie pozytywne wydarzenie. Na następny koncert koniecznie muszę wyposażyć się we własne czułki.
A poza tym:
fajni ludzie, nowi znajomi, nowe miejsca, dawno nie widziany przyjaciel, tradycyjny wrocławski kebab i ozdoby świąteczne w listopadzie.
Love Wrocław <3
Kategorie:
muzyka,
Wydarzenia,
życie codzienne
poniedziałek, października 11, 2010
Zobacz, ile jesieni...
Korzystam z prawdopodobnie ostatnich dni pięknej jesieni. Wystawiam twarz do słońca, leżąc na trawie, obserwuję połyskliwą taflę wody, przelatujące sennie motyle. Szuram nogami w stertach kolorowych liści, uśmiecham się, wdycham upajający zapach lasu. Patrzę na błękitne niebo i ptaki odlatujące na południe.
Czasem tak ciężko jest mi powiedzieć jak się czuję, bo natłok myśli nie pozwala na chwilę wytchnienia i przystanku, ale dziś z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa.
Ps. Niewątpliwie na ten mój stan wpływa kilka czynników. Jednym z nich jest nowo odkryty zespół Ms. No One. Polecam bardzo, przyjemnie się ich słucha :)
Czasem tak ciężko jest mi powiedzieć jak się czuję, bo natłok myśli nie pozwala na chwilę wytchnienia i przystanku, ale dziś z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa.
Ps. Niewątpliwie na ten mój stan wpływa kilka czynników. Jednym z nich jest nowo odkryty zespół Ms. No One. Polecam bardzo, przyjemnie się ich słucha :)
Kategorie:
muzyka,
przemyślenia własne,
życie codzienne
piątek, października 08, 2010
Bo do tanga...
Słucham tego kawałka i wszystko się we mnie gotuje. Czuję jak krew szybciej pulsuje pod skórą, fala gorąca zalewa momentalnie i w ciągu kilku sekund czuję się prawie jak przed orgazmem.
Ten kawałek nie jest rewelacyjny, śpiewa tam Ewan McGregor (...), ale kurwa, jak słyszę te skrzypce, gitarę, wycie, orkiestrę, chrypę to mam ochotę zerwać z siebie ubranie i wyć do księżyca. A potem zatańczyć podniecające, pełne pasji i namiętności tango.
No wiem, że nie jestem normalna, no wiem. Ale co ja poradzę, że takie coś nakręca mnie jak małe, niebieskie pigułki.
El tango de Roxanne - Ewan McGregor, Jose Feliciano, Jacek Koman
Edit: Właśnie to przemyślałam. To chyba podnieca mnie ta muzyka symfoniczna (bo tak samo się czuję słuchając kawałka Run away nagranego przez Digit All Love).
Także, nie chodźcie ze mną lepiej na koncerty muzyki orkiestrowej, bo narobię wam obciachu, gdy w trakcie jakiegoś monumentalnego kawałka odpłynie mi krew z twarzy, a powędruje w zgoła inne miejsce.
Ten kawałek nie jest rewelacyjny, śpiewa tam Ewan McGregor (...), ale kurwa, jak słyszę te skrzypce, gitarę, wycie, orkiestrę, chrypę to mam ochotę zerwać z siebie ubranie i wyć do księżyca. A potem zatańczyć podniecające, pełne pasji i namiętności tango.
No wiem, że nie jestem normalna, no wiem. Ale co ja poradzę, że takie coś nakręca mnie jak małe, niebieskie pigułki.
El tango de Roxanne - Ewan McGregor, Jose Feliciano, Jacek Koman
Edit: Właśnie to przemyślałam. To chyba podnieca mnie ta muzyka symfoniczna (bo tak samo się czuję słuchając kawałka Run away nagranego przez Digit All Love).
Także, nie chodźcie ze mną lepiej na koncerty muzyki orkiestrowej, bo narobię wam obciachu, gdy w trakcie jakiegoś monumentalnego kawałka odpłynie mi krew z twarzy, a powędruje w zgoła inne miejsce.
Kategorie:
muzyka,
przemyślenia własne,
życie codzienne
poniedziałek, października 04, 2010
One last goodbye
How I needed you
How I bleed, now you're gone
In my dreams I see you
I awake so alone
I know you didn't want to leave
Your heart yearned to stay
But the strength I always loved in you
Finally gave way
Somehow I knew you would leave me this way
Somehow I knew you could never, never stay
And in the early morning light
After a silent, peaceful night
You took my heart away
In my dreams I can see you
I can tell you how I feel
In my dreams I can hold you
And it feels so real
I still feel the pain
I still feel your love
And somehow I knew you could never, never stay
And somehow I knew you would leave me
And in the early morning light
After a silent, peaceful night
You took my heart away
Oh I wish, I wish you could have stayed
How I bleed, now you're gone
In my dreams I see you
I awake so alone
I know you didn't want to leave
Your heart yearned to stay
But the strength I always loved in you
Finally gave way
Somehow I knew you would leave me this way
Somehow I knew you could never, never stay
And in the early morning light
After a silent, peaceful night
You took my heart away
In my dreams I can see you
I can tell you how I feel
In my dreams I can hold you
And it feels so real
I still feel the pain
I still feel your love
And somehow I knew you could never, never stay
And somehow I knew you would leave me
And in the early morning light
After a silent, peaceful night
You took my heart away
Oh I wish, I wish you could have stayed
Kategorie:
muzyka,
przemyślenia własne,
życie codzienne
wtorek, września 28, 2010
Muzycznie i nie
Już jakiś czas chodzi mi ten kawałek po głowie...
I'm going out, I'm going to drink myself to death
And in the crowd I see you with someone else
I brace myself 'cause I know it's going to hurt
But I like to think at least things can't get any worse
I hope that you see me, 'cause I'm staring at you
But when you look over, you look right through
Then you lean and kiss her on the head
And I never felt so alive and so dead
'Hurricane drunk' by Florence + The Machine
Ostatnio zastanawiałam się nad tym, jak ulotną rzeczą jest pamięć ludzka. Jednego dnia człowiek wie o Tobie wszystko, drugiego już nie ma dla Ciebie miejsca w jego pamięci. Zostajesz wymazany, skreślony, jakbyś nigdy nie istniał. Tabula rasa. I jedziemy wszystko od początku, z kimś innym. A to, co było idzie w niepamięć.
Tyle wspomnień, tyle spraw dzielonych razem, tyle ważnych niegdyś rzeczy ląduje na śmietniku, bo nikt już ich nie chce używać, bo dla nikogo już nic nie znaczą.
Po co więc kreować nowe wspomnienia, skoro ma się świadomość tego, że za jakiś czas one też wylądują na śmietnisku?
Wszystko co wiem to to, że I never felt so alive and so dead.
I'm going out, I'm going to drink myself to death
And in the crowd I see you with someone else
I brace myself 'cause I know it's going to hurt
But I like to think at least things can't get any worse
I hope that you see me, 'cause I'm staring at you
But when you look over, you look right through
Then you lean and kiss her on the head
And I never felt so alive and so dead
'Hurricane drunk' by Florence + The Machine
Ostatnio zastanawiałam się nad tym, jak ulotną rzeczą jest pamięć ludzka. Jednego dnia człowiek wie o Tobie wszystko, drugiego już nie ma dla Ciebie miejsca w jego pamięci. Zostajesz wymazany, skreślony, jakbyś nigdy nie istniał. Tabula rasa. I jedziemy wszystko od początku, z kimś innym. A to, co było idzie w niepamięć.
Tyle wspomnień, tyle spraw dzielonych razem, tyle ważnych niegdyś rzeczy ląduje na śmietniku, bo nikt już ich nie chce używać, bo dla nikogo już nic nie znaczą.
Po co więc kreować nowe wspomnienia, skoro ma się świadomość tego, że za jakiś czas one też wylądują na śmietnisku?
Wszystko co wiem to to, że I never felt so alive and so dead.
Kategorie:
muzyka,
przemyślenia własne,
życie codzienne
poniedziałek, marca 02, 2009
Muzyka mojej duszy
Jestem uzależniona od muzyki. W domu słucham jej prawie na okrągło, czasem nawet przez sen. Na moim koncie na Last.fm mam już ponad 20 tysięcy odsłuchań od sierpnia 2006 roku. Nie wiem czy to dużo, myślę, że przeciętny słuchacz nie ma aż tylu utworów na koncie. Moim codziennym rytuałem po uruchomieniu komputera jest włączenie winampa, a coraz częściej także Spotify (muzycznej, darmowej biblioteki) i słuchanie, słuchanie, słuchanie. Miewam napady, że przez kilka miesięcy słucham tylko jednego wykonawcy - tak miałam z całą dyskografią Porcupine Tree, Mikromusic, czy też ostatnio, Seala. Generalnie obserwuję rozwój swojego gustu muzycznego na przestrzeni ostatnich kilku lat i muszę przyznać, że jestem bardzo tolerancyjna muzycznie. Próbuję wielu nowych rzeczy, staram się nie wzbraniać przed jakimś gatunkiem muzycznym, tylko dlatego, że mam do niego jakieś uprzedzenia. Oczywiście, często okazuje się, że ten gatunek jednak mi nie pasuje i nie ma co się na siłę przekonywać, że np. uwielbiam hip-hop, albo jakiś power metal, ale często bywa tak, że potrafię znaleźć coś fajnego w danym rodzaju muzyki, który z gruntu uważam za totalnie do bani.
Ogólnie, gdybym miała sprecyzować jaki rodzaj muzyki słucham i lubię, to miałabym nie lada problem. Totalnie nie znam się na rozpoznawaniu gatunków muzycznych, nie ogarniam tych wszystkich odmian metalu, rocka, jazzu itd. Po prostu jeśli dany utwór mi się podoba, to go najzwyczajniej w świecie słucham, nie zastanawiając się czy to alternative, czy już progressive rock, a może metal. Bo tak naprawdę kogo to obchodzi? Jeśli czuje się tę muzykę całym swoim ciałem i duszą, to ma się gdzieś jej klasyfikację. Z tego samego powodu rzadko bywa, że zagłębiam się w biografię zespołów, których słucham - nie wiem kim są ci muzycy, jak się nazywają, skąd pochodzą; tak samo bywa u mnie z tytułami utworów i albumów. Po prostu I don't care. Nie potrzebuję tych wiadomości, żeby odczuwać, przeżywać i pochłaniać muzykę całą sobą.
Wracając do mojego dziwnego związku z muzyką, muszę zaznaczyć, że mogę jej słuchać jedynie w domu, ewentualnie na koncertach. Nie umiem iść po ulicy ze słuchawkami na uszach - czuję się wtedy, jakbym była głucha. Muszę czuć i słyszeć miejsce, w którym jestem, muszę słyszeć przyrodę, ludzi, bo inaczej czuję się niepełnosprawna. No cóż, taka jest moja dziwna przypadłość. Nie wiem też, co by się stało gdybym nagle utraciła słuch - brak muzyki "ludzkiej" może jeszcze jakoś bym przeżyła, ale nie wiem jak pogodziłabym się z niesłyszeniem odgłosów natury. Byłoby dla mnie prawdziwym nieszczęściem nie móc usłyszeć wiosennego śpiewu skowronków, szczekania psów, rżenia koni czy mruczenia mojego M. ;)
Słowem, nie jestem w stanie wyobrazić sobie życia bez moich małych, różowych i w pełni działających uszu. Ale kto wie, co przyniesie jutro? Dlatego, póki mogę, idę skorzystać z mojego wspaniałego słuchu (i głosu także) pod prysznicem, śpiewając i wsłuchując się we własne, cudowne wycie pod prysznicem... ;)
Ogólnie, gdybym miała sprecyzować jaki rodzaj muzyki słucham i lubię, to miałabym nie lada problem. Totalnie nie znam się na rozpoznawaniu gatunków muzycznych, nie ogarniam tych wszystkich odmian metalu, rocka, jazzu itd. Po prostu jeśli dany utwór mi się podoba, to go najzwyczajniej w świecie słucham, nie zastanawiając się czy to alternative, czy już progressive rock, a może metal. Bo tak naprawdę kogo to obchodzi? Jeśli czuje się tę muzykę całym swoim ciałem i duszą, to ma się gdzieś jej klasyfikację. Z tego samego powodu rzadko bywa, że zagłębiam się w biografię zespołów, których słucham - nie wiem kim są ci muzycy, jak się nazywają, skąd pochodzą; tak samo bywa u mnie z tytułami utworów i albumów. Po prostu I don't care. Nie potrzebuję tych wiadomości, żeby odczuwać, przeżywać i pochłaniać muzykę całą sobą.
Wracając do mojego dziwnego związku z muzyką, muszę zaznaczyć, że mogę jej słuchać jedynie w domu, ewentualnie na koncertach. Nie umiem iść po ulicy ze słuchawkami na uszach - czuję się wtedy, jakbym była głucha. Muszę czuć i słyszeć miejsce, w którym jestem, muszę słyszeć przyrodę, ludzi, bo inaczej czuję się niepełnosprawna. No cóż, taka jest moja dziwna przypadłość. Nie wiem też, co by się stało gdybym nagle utraciła słuch - brak muzyki "ludzkiej" może jeszcze jakoś bym przeżyła, ale nie wiem jak pogodziłabym się z niesłyszeniem odgłosów natury. Byłoby dla mnie prawdziwym nieszczęściem nie móc usłyszeć wiosennego śpiewu skowronków, szczekania psów, rżenia koni czy mruczenia mojego M. ;)
Słowem, nie jestem w stanie wyobrazić sobie życia bez moich małych, różowych i w pełni działających uszu. Ale kto wie, co przyniesie jutro? Dlatego, póki mogę, idę skorzystać z mojego wspaniałego słuchu (i głosu także) pod prysznicem, śpiewając i wsłuchując się we własne, cudowne wycie pod prysznicem... ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)