Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filmy. Pokaż wszystkie posty

piątek, października 01, 2010

HIMYM, złote myśli

Kids, everyone has an opinion on how long it takes to recover from a breakup:

- Half the lenght of the relationship.
- One week for every month you were together.
- Exactly 10,000 drinks. However long it takes.
- You can't measure something like this in time. There is a series of steps - from her bed to the front door - bam! - out of there - NEXT!

But I think you start to recover the moment you meet that person, who gets you back in the game.

niedziela, sierpnia 29, 2010

Death Note

Gdybym w jakiś magiczny (lub raczej boski) sposób stała się posiadaczką Notatnika samej Śmierci, nie jestem pewna czy postąpiłabym tak, jak zrobił to bohater anime, które ostatnio oglądam.

Notatnik ten posiada szczególną właściwość - jeśli wpiszesz w nim imię i nazwisko konkretnej osoby, to w ciągu 40 sekund osoba ta umiera na zawał serca. Dodatkowym bonusem jest możliwość określenia i wpisania sobie sposobu, czasu, miejsca i okoliczności, w których dany człowiek ma zginąć. Fajne, prawda?
O ile bohater 'Death Note' wykorzystał ten notatnik w celu oczyszczenia świata ze zła, co niby miało być cudownym posunięciem (chociaż uważam, że to sprawa mocno dyskusyjna), tak mnie zajęło trochę czasu zanim zadecydowałam o tym, co stałoby się z notatnikiem w moich rękach.

Oczyszczenie świata ze zła, morderców, gwałcicieli i polityków wydawało się kuszącą propozycją. Ale dokonując takiego mordu nie mogłabym powiedzieć, że różnię się czymś od wyżej wymienionych. Zresztą, nie obchodzi mnie cały świat, i nie mnie jest dane grać rolę Sprawiedliwej, która dzieli ludzi na dobrych i tych, których należałoby uśmiercić przez kąpiel we wrzącym oleju.

Jest tylko jedna osoba, której imię wpisałabym do tego notatnika, i której śmierci nigdy bym nie żałowała.
Bo czasem tak jest po prostu lepiej.

Ps. I nie, M. - nie chodzi o Ciebie.

sobota, kwietnia 10, 2010

Play with me

Obejrzeliśmy ostatnio, zupełnie niechcący, film, który kiedyś któreś z nas zażyczyło sobie ściągnąć. Nie wiedzieliśmy o czym jest, nie spodziewaliśmy się po nim kompletnie niczego. Tytuł brzmiący "Funny Games" mógłby zasugerować, że film jest komedią, jednak, jak się okazało, nic funny w nim nie było.

Nie opiszę tu historii, bo szkoda byłoby robić spoiler, ale napiszę trochę o własnych odczuciach. W trakcie oglądania filmu targały mną takie uczucia, że nie byłam pewna, czy to do końca ja. Mocne akcenty filmu tak grały na emocjach, że człowieka aż ciskało w fotelu (tudzież łóżku, w naszym przypadku). Momentalnie czułam wściekłość, furię, żądzę mordu, o które bym siebie nie podejrzewała (no dobra, tu przesadzam, podejrzewam się o nie aż nazbyt często). W każdym razie sceny, bohaterowie, dialogi wzbudziły we mnie niemałe emocje i dreszcze. Było też sporo elementów zaskakujących, takich w których człowiek już ma nadzieję na pozytywne rozwiązanie sprawy, a tu nagle tu-du-du - klops.

Film w sumie prosty, niewielu aktorów, praktycznie jedno wąskie miejsce akcji, ale, cholera, na mnie zrobił wrażenie. W trakcie, oraz po obejrzeniu go, miałam ochotę kopnąć laptopa, by choć na chwilę zetrzeć uśmieszek z twarzy tych paskudnych dzieciaków...
No, ale obejrzyjcie to zrozumiecie o co mi chodzi. ;)

Ps. Pamiętajcie, że jeśli ktoś jest dla was super uprzejmy, to coś musi być z nim nie tak.
A. I nie pożyczajcie jajek nieznajomym.

czwartek, marca 25, 2010

Imaginarium of doctor Parnassus

Wiem, że film nie jest super świeży, bo wyszedł już jakiś czas temu, ale mnie dopiero wczoraj udało się go obejrzeć. I muszę przyznać, że idealnie trafił w moje gusta filmowe. Po ostatnim rozczarowaniu Alicją w Krainie Czarów, obawiałam się, że kolejny film o podobnym klimacie okaże się klapą. A dzieło Terry'ego Gilliama zaskoczyło mnie wyjątkowo pozytywnie.

Sama historia dzieje się we współczesnym Londynie. Tajemniczy doktor Parnassus podróżuje ze swoją świtą po miastach, prezentując niezwykłe przedstawienie pt: Imaginarium. Podczas niego dzieją się niezwykłe rzeczy - Parnassus odkrywa przed publicznością ich marzenia, pozwala im doznawać niesamowitych przeżyć. Sam doktor posiada dar długowieczności, jednak uzyskał ją w drodze zakładu z samym Diabłem. A jak powszechnie wiadomo, zakładanie się z nim nie kończy się dobrze. A więc założył się nasz doktorek wyjątkowo głupio, bo o duszę swojej 16 letniej córki. I właśnie pewnego dnia Diabeł upomina się o swoje i Parnassus znajduje się w kiepskiej sytuacji. Na to wszystko pojawia się tajemniczy nieznajomy Tony, który decyduje się pomóc doktorowi w uratowaniu jego córki...

Film według mnie rewelacyjny. Ciekawa historia, oprawa, fantastyczna sceneria, kostiumy, cała ta niezwykła otoczka sprawiła, że zdecydowanie wcielę ten film to mojej ulubionej dziesiątki.

Warto też wspomnieć o świetnej obsadzie aktorskiej. Zaczynając od fenomenalnego Heatha Ledgera, poprzez jego kolejne "odsłony" grane przez Johnny'ego Deepa, Jude Law i Colina Farrella (Tu ciekawostka: Ci trzej aktorzy zdecydowali się zagrać tę jedną rolę w wyniku śmierci Heatha Ledgera na planie. Reżyser musiał trochę przekonstruować scenariusz, by jedna postać mogła zostać odegrana przez 4 różnych aktorów. Był to hołd przyjaciół złożony, zmarłemu już wtedy, Ledgerowi. Co więcej, Ci trzej aktorzy zdecydowali się oddać swoje gaże za film osieroconej córce słynnego Jokera. - cóż za szlachetność!). W każdym razie, według mnie to 'cztery w jednym' udało się znakomicie, i nie odczuwa się zaburzenia sensu w historii.
Co się tyczy aktorów jeszcze, to również rola Lily Cole była świetna. Ta młodziutka modelka i początkująca aktorka idealnie wpasowała się w ten klimat, no i przede wszystkim muszę przyznać, że sama jest prześliczna i zjawiskowa. Połączenie porcelanowej laleczki z rudą wiewiórką to to, co tygryski lubią najbardziej ;)
Generalnie, cała obsada - doktor Parnassus, Diabeł, Anton - wszyscy pasowali do tego świata jak ulał. No po prostu jestem zachwycona:)

Wszystkim tym, którzy doceniają siłę wyobraźni, kochają Heatha Ledgera, uwielbiają magię, niesamowitość i groteskę oraz odczuwają świat nie tylko za pomocą dwojga oczu - gorąco polecam!

sobota, marca 13, 2010

Rozczarowana Krainą Czarów

Drogi Panie Burtonie!

Pragnę wyrazić moje głębokie rozczarowanie Pańskim ostatnim filmem, który przyszło mi obejrzeć wczorajszego wieczoru. Film, tak głośno reklamowany od zeszłego roku, okazał się dla mnie totalną porażką i nieporozumieniem. Mniemam, jakoby ktoś podszył się pod Pańskie nazwisko i zepsuł tak fantastyczny utwór, jakim jest dzieło Lewisa Carrolla.
Uniżenie proszę o wyjaśnienie tej niepokojącej sytuacji, lub o ewentualne zaprzestanie reżyserowania filmów.

Z wyrazami szacunku, N.



A już całkiem poważnie:

Smutno, przykro i generalnie niewesoło zrobiło mi się po tym wczorajszym seansie. Sądziłam, że książka, na podstawie której nakręcono film, da tak wiele możliwości do popisania się reżyserowi, że aż nie będziemy mogli oderwać wzroku od ekranu. Że to wszystko pójdzie w stronę absurdu, grozy, groteski, psychodeli i dziwactwa, a nie w stronę bajki dla dzieci. Liczyłam nawet po cichu, że wszystko to będzie przypominało American McGee's Alice, i że, broń Boże, nie będzie to bajka dla dzieci. Bo sama książka przecież nią nie jest (mimo tego, że tak się ją odbiera).

Moje wielkie rozgoryczenie tyczy się też obsady aktorskiej. Ok, przyznaję się bez bicia, spodziewałam się genialnej roli Johnny'ego Deepa, a wyszło miernie, przeciętnie i generalnie mało było szaleństwa w Szalonym Kapeluszniku. Nie wspomnę już o roli Alicji, czy choćby białej królowej (do cholery, czy tylko ja uważam, że ta aktorka jest beznadziejna?!), bo po prostu szkoda słów. Jedyną aktorką, zasługującą według mnie na uznanie w tym filmie, okazała się, jak zawsze fantastyczna i fenomenalna, Helena Bonham Jones, grająca rolę Królowej Kier.

Kolejną kroplę goryczy stanowi dla mnie kwestia tłumaczenia napisów. Ja wiem, że język dzieła Lewisa Carrolla jest trudny, pełen zawiłości, nonsensów, gramatycznych i stylistycznych gier ze słowami - no ale cóż, tak sobie autor wymyślił. Natomiast osoba, która zajmowała się tłumaczeniem napisów na język polski powinna zostać zakneblowana, związana i wrzucona do najciemniejszych przepaści Mordoru.
Jeśli nie potrafimy czegoś przetłumaczyć to, do cholery, zostawmy to już lepiej w oryginale niż róbmy z tego jakieś kretyńskie, głupio brzmiące twory językowe, bo one miały sens tylko w oryginalnym dziele Lewisa Carrolla. U nas to wygląda po prostu żałośnie. (Swoją drogą, zastanawiam się jak wyglądała u nas wersja z dubbingiem?)

No, ale co ja tam wiem. Czepiam się, bo nie znam się na kinie i w ogóle jestem gupia.
A film zrobi furorę, kasy natrzepie i wszyscy będą zadowoleni.
Miejmy nadzieję, że to był tylko jednorazowy wyskok Tima Burtona ;)

Pozdrawiam, rozgoryczona N.

wtorek, lutego 02, 2010

Co kryje w sobie puszka Pandory?

Pandora - od dziś (a w zasadzie od wczoraj) to słowo nie będzie mi się kojarzyło tylko z aplikacjami na Facebooku i mitologiczną laską, przez której ciekawość ludzie po dziś dzień mają hemoroidy i depresje, ale także z filmem Jamesa Camerona, który miałam przyjemność obejrzeć właśnie wczoraj.

Pomijam historię, prostą jak budowa cepa, przewidywalne wątki i sztampowe postaci, pominę nawet chyba sławetne 3D, bo największe wrażenie zrobiła na mnie właśnie Pandora.
Świat, w jakim działa się akcja "Avatara" mogłabym oglądać codziennie - te kolory, kształty, ruch, flora i fauna, niemalże zapachy i smaki lasu zrobiły na mnie kolosalne wrażenie. Cieszyłam oczy niezwykłą roślinnością, która tętniła życiem z każdego zakątka ekranu, uśmiechałam się na widok dziwnych stworzeń, niby-koni, smoków i małych, pulsujących światłem meduz. Otwierałam szeroko oczy na widok latających wysp, świecących drzew z dostępem do internetu, fluorescencyjnych grzybów i wszystkiego tego, co człowiek może zobaczyć po odpowiedniej dawce LSD. Było pięknie.
Dam się pomalować na niebiesko i zacznę mówić w języki Na'vi, niech tylko ktoś zabierze mnie na Pandorę.

Tym, którzy filmu jeszcze nie widzieli, gorąco polecam. Na pewno każdy znajdzie w nim coś dla siebie ;)

poniedziałek, marca 23, 2009

Pan Guzik

W sobotę razem z M. wybraliśmy się do kina, żeby w końcu obejrzeć "Ciekawy przypadek Benjamina Buttona". Zanim jeszcze poszłam do kina, wiedziałam, że film będzie świetny - i to wcale nie dlatego, że gra w nim Brad Pitt.
Istotnie, okazał film wspaniały. Trochę o miłości, o życiu i przede wszystkim (jak dla mnie)o wielkiej samotności. Pomimo tego, że film trwał coś około trzech godzin nie nudziłam się ani przez chwilę - i jest to dla mnie dość osobliwe, bo w filmie nie było raczej niesamowitych zwrotów akcji, czy wyjątkowo zaskakujących momentów. A jednak film urzeka - nie tylko ciekawą historią, ale też czasami, w jakich została ona osadzona. No i oczywiście nie mogę nie wspomnieć o tym, że Brad Pitt nie ma sobie równych i kątem oka w kinie widziałam, że nie ja jedna miałam ochotę wyć z tego powodu do księżyca;)
Zatem z całą pewnością polecam ten film tym, którzy go jeszcze nie widzieli. Bo tym, którzy widzieli chyba nie muszę - jestem pewna, że po pierwszym obejrzeniu widzieli go jeszcze kilka razy.

I na koniec - w całej swojej seksownej krasie - drogie Panie, Benjamin Button!


niedziela, marca 01, 2009

Być jak Pastrana

Wczoraj, razem z Mężczyznami Mojego Życia, obejrzałam autobiograficzny film o życiu sławnego motocyklisty - 199 żyć Travisa Pastrany. W tym miejscu należałoby się pewnie kilka wyjaśnień co do jego osoby, bo zdaję sobie sprawę, że ludzie niezwiązani z motocyklowym światem w ogóle nie mają pojęcia o istnieniu kogoś nazwiskiem Pastrana. Nie mam ochoty tego wyjaśniać, także jeśli ktoś jest zaciekawiony to powinien sięgnąć po Wikipedię albo inne internetowe źródło, aby dowiedzieć się niesamowitych rzeczy o tym, jeszcze bardziej niesamowitym, młodym człowieku.

Travis Pastrana ma dopiero 25 lat, a nie wiem czy jest na świecie jakaś głupia i niebezpieczna rzecz, której by nie zrobił. I przeżył. Ten młody człowiek w świecie sportów motocyklowych - motocrossie, supercrossie, a także freestylu dokonał takich rzeczy, że każdy, kto usłyszy o jego osiągnięciach łapie się za głowę i zastanawia nad jego chorą psychiką. Travis, cudowne dziecko świata sportu, mówiąc kolokwialnie, ma nieźle narąbane pod kopułą. Skacze ze spadochronem, bez spadochronu, robi back flipy do Wielkiego Kanionu, wreszcie podwójnego back flipa. Każdy, kto właśnie zdał sobię sprawę z powagi sytuacji, musi przyznać, że z tym chłopakiem jest coś nie tak. Czy on nie odczuwa strachu? Dlaczego to robi? Po o co komu dziesiątki połamanych kości, zwichniętych nadgarstków i odrywania kręgosłupa od miednicy?

Nie wiem. Ale wiem, że oddałabym wszystko, by choć raz móc poczuć się jak on. Bez strachu, bez obaw co będzie jutro, bez myślenia o konsekwencjach. Chciałabym stanąć nad Wielkim Kanionem, zamknąć oczy i skoczyć - i wiedzieć, że się uda. Albo, że się nie uda. Travis przeżył już w swoim krótkim życiu tak wiele, że chyba jest przygotowany na każdą ewentualność. Spróbował niemal wszystkiego, z różnym skutkiem, odniósł wiele sukcesów, ale i wiele porażek, po których wstał i poszedł dalej. Imponuje mi jego samozaparcie, jego cholerny upór, prawie autodestrukcyjne dążenie do celu, jego uśmiech mimo wszystko. Chcę spróbować w życiu wielu rzeczy, chcę odnieść porażki i móc z nich powstawać z myślą, że "Dam radę, zrobię to jeszcze choćby 10 razy, a za 11 mi się uda!". Chcę uśmiechać się nawet, gdy spadnę z najwyższego konia i dosiadać coraz wyższych, żeby być coraz lepszą. Chcę przestać się bać o każdy dzień mojego, i tak uporządkowanego życia, chcę wyjść z tego kokonu, który wybudowałam sobie przez lata, mając nadzieję, że uchroni mnie on przed całym bólem z tego świata. Chcę żyć jak człowiek.
Chcę być jak Pastrana.