Święta minęły mnie, nie zatrzymały się na światłach i popędziły dalej na czerwonym. Magia świąt wybrała w tym roku ciepłe kraje, omijając mnie i mój dom, śnieg obraził się na nas i w tym roku nie spadł wcale. Ale to nic. Było dobre jedzenie, choinka, fajne prezenty, luz, blues i śniadanie w piżamach. Może być.
Sylwester też na luzie, w małym gronie, przy kominku, dobrym jedzeniu i muzyce. Nie mam parcia na sylwestrowe bale w krynolinach, przy wiedeńskim walcu i w diademie na głowie, więc to było to, czego oczekiwałam. W końcu sylwester to jeszcze jeden dzień w roku, nie ma się co spuszczać ;) Przyjdzie kiedyś czas na bale.
Nowy Rok zaczął się rodzinnie, śmiesznie, na luzie, w gorących dyskusjach, podczas dojadania sylwestrowego jedzenia. Przyjemnie. Ale mam w sobie jakąś pustkę. Było fajnie, i tyle.
Noworoczną listę zrobiłam (co rzadko czynię) bez większego zapędu do realizacji kolejnych punktów. Uda się? Zajebiście! Nie? Trudno. Wiem, że z takim podejściem to ciężko coś zrealizować, ale tak już jest. Nie wmawiam sobie, że ten rok będzie niesamowity, wyjątkowy, inny od poprzedniego, kosmiczny. Sam z siebie taki nie będzie. Jak będę chciała to taki się stanie, sam z siebie nigdy.
No chyba, że w końcu pierdolnie w nas asteroida lub Ziemia rozstąpi się, pochłaniając nas w ogniach piekielnych to wtedy można powiedzieć - No, rok na miarę filmów Spielberga. Z pierdolnięciem.
Ogólnie wpis jest bez polotu, bez ładu i składu, ale chyba dlatego, że właśnie sama się tak czuję. Potrzebuję kopa, speeda, tęczy i spadających z nieba jednorożców, żeby wyrwać się z letargu. A nade wszystko chyba potrzebuję konkretnego zajęcia, które wypełni mi czas, który tak pięknie ostatnio marnuję.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydarzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydarzenia. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, stycznia 02, 2012
czwartek, października 13, 2011
Pięciolatek
Czy pięć lat to dużo? Zależy, z której strony patrzysz. Gdyby w pewien słoneczny piątek trzynastego 2008 roku ktoś powiedział mi, że następne 5 lat spędzę w towarzystwie tego jednego faceta - pewnie bym nie uwierzyła. Bo pięć lat to kupa czasu.
A teraz, gdy myślę o sobie sprzed 5 lat i porównuję z dzisiejszą mną, wiem, że nie zmieniło się aż tak wiele.
Gdybym miała zrobić bilans rzeczy, które stały się od tego czasu wyglądałoby to mniej więcej tak:
Przeszłam drogę od włosów do pasa, poprzez krótkie do brody po znów długie; zrobiłam sobie tatuaż; nauczyłam się jeździć na nartach i motocyklu; zrobiłam prawo jazdy; byłam we Włoszech, Austrii, Niemczech, Słowacji, Czechach (milion razy), dwukrotnie w Chorwacji, nad morzem i w górach; wylałam po wiadrze łez - jedno ze smutku, drugie z radości; straciłam dwa zęby; dwa razy wylądowałam w szpitalu; byłam na 8 koncertach ukochanych zespołów; dziesiątkach imprez i zawodów motocyklowych zarówno w Polsce, jak i w Europie; zdałam maturę i dostałam dyplom na studiach; straciłam i zyskałam wielu znajomych; niezliczoną ilość razy spadłam z konia; dwukrotnie zajęłam trzecie miejsce w zawodach jeździeckich; rozbiłam samochód; dwa razy miałam stypendium naukowe na uczelni; przeczytałam setki książek, obejrzałam setki filmów i seriali; uczyłam się francuskiego; zafarbowałam włosy na zielono i milion innych rzeczy, których przypominanie i wypisywanie zajęłoby mi tu pewnie sporo czasu.
Sęk w tym, że gdzieś w tym wszystkim jesteś też Ty, dokładający się do tych sytuacji, miejsc, rzeczy. Przez 5 lat dzieliłam z Tobą radości i, niestety, smutki mojego życia. Sam też wiele z nich powodowałeś, czego z pamięci wymazać się nie da. Były wzloty i upadki, uśmiech i łzy, złość, przytulanie, czułe słówka i przekleństwa pod nosem. Były motyle w brzuchu, ale także zimna kula frustracji, złości i stresu zalegająca w żołądku. Były noce, podczas których leżąc w Twoich ramionach czułam się najbezpieczniejszym człowiekiem na Ziemi, były też takie, które nie dawały mi spać z powodu pesymistycznych myśli toczących moją głowę. Te 5 lat to sinusoida, wykres naszych wzlotów i upadków jako pary. I, jeśli mam być szczera, ilość upadków przewyższyła chyba czasem ilość wzlotów, których doświadczyliśmy.
Po co piszę to wszystko? Bo zastanawiam się, co będzie za kolejne pięć lat. Gdzie, z kim będę, jak potoczy się moje i Twoje życie. Czy będziemy razem? Kto to wie. Kto pięć lat temu przypuszczałby, że będziemy ze sobą tak długo?
Gdyby w pewien słoneczny czwartek trzynastego 2011 roku ktoś powiedział mi, że następne 5 lat spędzę w towarzystwie tego jednego faceta - pewnie bym nie uwierzyła.
A teraz, gdy myślę o sobie sprzed 5 lat i porównuję z dzisiejszą mną, wiem, że nie zmieniło się aż tak wiele.
Gdybym miała zrobić bilans rzeczy, które stały się od tego czasu wyglądałoby to mniej więcej tak:
Przeszłam drogę od włosów do pasa, poprzez krótkie do brody po znów długie; zrobiłam sobie tatuaż; nauczyłam się jeździć na nartach i motocyklu; zrobiłam prawo jazdy; byłam we Włoszech, Austrii, Niemczech, Słowacji, Czechach (milion razy), dwukrotnie w Chorwacji, nad morzem i w górach; wylałam po wiadrze łez - jedno ze smutku, drugie z radości; straciłam dwa zęby; dwa razy wylądowałam w szpitalu; byłam na 8 koncertach ukochanych zespołów; dziesiątkach imprez i zawodów motocyklowych zarówno w Polsce, jak i w Europie; zdałam maturę i dostałam dyplom na studiach; straciłam i zyskałam wielu znajomych; niezliczoną ilość razy spadłam z konia; dwukrotnie zajęłam trzecie miejsce w zawodach jeździeckich; rozbiłam samochód; dwa razy miałam stypendium naukowe na uczelni; przeczytałam setki książek, obejrzałam setki filmów i seriali; uczyłam się francuskiego; zafarbowałam włosy na zielono i milion innych rzeczy, których przypominanie i wypisywanie zajęłoby mi tu pewnie sporo czasu.
Sęk w tym, że gdzieś w tym wszystkim jesteś też Ty, dokładający się do tych sytuacji, miejsc, rzeczy. Przez 5 lat dzieliłam z Tobą radości i, niestety, smutki mojego życia. Sam też wiele z nich powodowałeś, czego z pamięci wymazać się nie da. Były wzloty i upadki, uśmiech i łzy, złość, przytulanie, czułe słówka i przekleństwa pod nosem. Były motyle w brzuchu, ale także zimna kula frustracji, złości i stresu zalegająca w żołądku. Były noce, podczas których leżąc w Twoich ramionach czułam się najbezpieczniejszym człowiekiem na Ziemi, były też takie, które nie dawały mi spać z powodu pesymistycznych myśli toczących moją głowę. Te 5 lat to sinusoida, wykres naszych wzlotów i upadków jako pary. I, jeśli mam być szczera, ilość upadków przewyższyła chyba czasem ilość wzlotów, których doświadczyliśmy.
Po co piszę to wszystko? Bo zastanawiam się, co będzie za kolejne pięć lat. Gdzie, z kim będę, jak potoczy się moje i Twoje życie. Czy będziemy razem? Kto to wie. Kto pięć lat temu przypuszczałby, że będziemy ze sobą tak długo?
Gdyby w pewien słoneczny czwartek trzynastego 2011 roku ktoś powiedział mi, że następne 5 lat spędzę w towarzystwie tego jednego faceta - pewnie bym nie uwierzyła.
Kategorie:
przemyślenia własne,
Wydarzenia,
życie codzienne
poniedziałek, kwietnia 11, 2011
Bonobono
Sobotni koncert Bonobo we Wrocławiu był mistrzowski. Tak świetny, że nie chciało się opuszczać klubu, licząc na to, że może zespół pomyli się i zagra jeszcze raz. Boskie kawałki w cudownej aranżacji. Elektroniczne downtempo z gitarami, saksofonem, fortepianem, fletem, perkusją i eterycznym kobiecym wokalem to jest coś, co mnie kręci.
Nie jestem mistrzem w pisaniu recenzji, a tego, co się tam działo nie umiem opisać słowami. Po prostu poezja.
I wszyscy ci, którzy zrezygnowali z kupna biletu na rzecz zakupów w Factory - shame on you! Żałujcie, że was nie było, bo przegapiliście kawał grubego koncertu ;)
P.S. Aha, gdyby ktoś pytał - odstraszanie gołębi za pomocą symulacji odgłosów jastrzębia NIE DZIAŁA.
Dziękuję za uwagę.
Nie jestem mistrzem w pisaniu recenzji, a tego, co się tam działo nie umiem opisać słowami. Po prostu poezja.
I wszyscy ci, którzy zrezygnowali z kupna biletu na rzecz zakupów w Factory - shame on you! Żałujcie, że was nie było, bo przegapiliście kawał grubego koncertu ;)
P.S. Aha, gdyby ktoś pytał - odstraszanie gołębi za pomocą symulacji odgłosów jastrzębia NIE DZIAŁA.
Dziękuję za uwagę.
niedziela, stycznia 02, 2011
Postanowienia noworoczne
Po pierwsze: Będę szczęśliwa.
Po drugie: Wytrwam w moich postanowieniach noworocznych.
Dziękuję za uwagę i życzę miłego spędzenia następnych 365 dni waszego życia.
Po drugie: Wytrwam w moich postanowieniach noworocznych.
Dziękuję za uwagę i życzę miłego spędzenia następnych 365 dni waszego życia.
Kategorie:
przemyślenia własne,
Wydarzenia,
życie codzienne
sobota, listopada 20, 2010
Ty, co nie lubisz trawy - who you wanna be?
Czwartkowy koncert Łąki Łan był chyba najpozytywniejszym wydarzeniem mojego życia. Niesamowita atmosfera, fajny klub, genialna muzyka i kapela, na której widok człowiek nie może się nie uśmiechać.
Wyskakałam się, wypogowałam, wyśpiewałam, zdarłam gardło na ulubionych kawałkach, naśmiałam się jak norka. Najlepszy koncert ever!
No bo powiedzcie mi, na którym koncercie rozdają cukierki, rzucają kwiaty i dmuchane żaby, są fajerwerki, wokalista śpiewa do pluszowej gąsienicy i popija z różowej konewki-słonika? Czy na jakimkolwiek koncercie na świecie spotkacie Paprodziada, MegaMotyla, Jeżusia Mariana, Ponia Kolnego, Bonka i Zająca Cokictokloca? Tylko na Łąki Łan!
Niesamowicie pozytywne wydarzenie. Na następny koncert koniecznie muszę wyposażyć się we własne czułki.
A poza tym:
fajni ludzie, nowi znajomi, nowe miejsca, dawno nie widziany przyjaciel, tradycyjny wrocławski kebab i ozdoby świąteczne w listopadzie.
Love Wrocław <3
Wyskakałam się, wypogowałam, wyśpiewałam, zdarłam gardło na ulubionych kawałkach, naśmiałam się jak norka. Najlepszy koncert ever!
No bo powiedzcie mi, na którym koncercie rozdają cukierki, rzucają kwiaty i dmuchane żaby, są fajerwerki, wokalista śpiewa do pluszowej gąsienicy i popija z różowej konewki-słonika? Czy na jakimkolwiek koncercie na świecie spotkacie Paprodziada, MegaMotyla, Jeżusia Mariana, Ponia Kolnego, Bonka i Zająca Cokictokloca? Tylko na Łąki Łan!
Niesamowicie pozytywne wydarzenie. Na następny koncert koniecznie muszę wyposażyć się we własne czułki.
A poza tym:
fajni ludzie, nowi znajomi, nowe miejsca, dawno nie widziany przyjaciel, tradycyjny wrocławski kebab i ozdoby świąteczne w listopadzie.
Love Wrocław <3
Kategorie:
muzyka,
Wydarzenia,
życie codzienne
niedziela, września 26, 2010
Hubertus
Co prawda święto myśliwych i jeźdźców powinno odbywać się dopiero za jakiś miesiąc, ale zdecydowaliśmy się urządzić je teraz, by skorzystać z ostatnich dni pięknej pogody (co okazało się strzałem w dziesiątkę, bo wczoraj było przepięknie, a dziś już pada).
Mieliśmy wczoraj piękną, złotą i ciepłą jesień, więc galopowanie po lesie na sześć koni było przyjemnością nie do opisania. Kolorowe, opadające z drzew liście, zapach lasu i zbutwiałych gałęzi, słońce prześwitujące między konarami i oświetlające drobinki kurzu, które unosiły się w powietrzu za naszą pędzącą przez las gromadą. Bajka.
Potem pogoń za lisem, ognisko, mnóstwo pysznego jedzenia, przeciąganie liny, dwóch dorosłych facetów skaczących razem w sznura, siedzenie przy ogniu do nocy, pełnia księżyca i zajadłe dyskusje damsko-męskie.
Patrząc wczoraj na to wszystko, na znajomych i przyjaciół, na ukochane konie i miejsce, w którym spędzam tyle czasu, na las, który znam tak dobrze, pomyślałam sobie, jak to cudownie być częścią tej wielkiej, jeździeckiej rodziny.
Mieliśmy wczoraj piękną, złotą i ciepłą jesień, więc galopowanie po lesie na sześć koni było przyjemnością nie do opisania. Kolorowe, opadające z drzew liście, zapach lasu i zbutwiałych gałęzi, słońce prześwitujące między konarami i oświetlające drobinki kurzu, które unosiły się w powietrzu za naszą pędzącą przez las gromadą. Bajka.
Potem pogoń za lisem, ognisko, mnóstwo pysznego jedzenia, przeciąganie liny, dwóch dorosłych facetów skaczących razem w sznura, siedzenie przy ogniu do nocy, pełnia księżyca i zajadłe dyskusje damsko-męskie.
Patrząc wczoraj na to wszystko, na znajomych i przyjaciół, na ukochane konie i miejsce, w którym spędzam tyle czasu, na las, który znam tak dobrze, pomyślałam sobie, jak to cudownie być częścią tej wielkiej, jeździeckiej rodziny.
niedziela, września 19, 2010
Zjazd (mi stąd)
Wczorajszy zjazd absolwentów mojej klasy był najfajniejszym spotkaniem, jakie udało nam się zorganizować w przeciągu pięciu lat znajomości. Nie powiem, że pojawiła się cała klasa, bo to byłoby fikcją, ale uznajmy, że zjawili się przedstawiciele różnych grupek, które przez lata nie zawsze dobrze się dogadywały.
Ale tym razem okazało się naprawdę świetnie.
Generalnie impreza rozwinęła się, szybko przenieśliśmy się do większej knajpy i tam całą noc spędziliśmy na śmiechach, plotach i generalnej libacji.
Fajnie było spotkać ludzi, których się nie widziało, czasem od dwóch lat. Nie powiem, żeby wszyscy się zmienili, bo większość pozostała taka sama, ale były osoby, na które miło było popatrzyć, że ruszyły do przodu ze swoim życiem (brawa dla J.M.!).
Imprezowanie trwało do rana, potem częściowo przeniosło się na parking, koło ruskich koszarów, gdzie siedząc na karimacie rozkminialiśmy filozoficzne problemy.
Potem, powoli, przenieśliśmy się do domu koleżanki, która nas przygarnęła na noc, i gdzieś koło 4-5 poszliśmy spać.
To była szalona noc ;)
Rano, skacowane jak cholera, nad szklaną herbaty, kanapkami i muesli, które zrobiła dla nas kochana mama Z., dokończyłyśmy wieczorne ploty, zastanawiając się co dzieje się u tych, których nie było na zjeździe. Z potwornymi bólami głowy pożegnałyśmy się, licząc na to, że następna okazja do spotkania pojawi się szybciej niż dopiero za 2 lata.
To był naprawdę zajebisty wieczór ;)
Ale tym razem okazało się naprawdę świetnie.
Generalnie impreza rozwinęła się, szybko przenieśliśmy się do większej knajpy i tam całą noc spędziliśmy na śmiechach, plotach i generalnej libacji.
Fajnie było spotkać ludzi, których się nie widziało, czasem od dwóch lat. Nie powiem, żeby wszyscy się zmienili, bo większość pozostała taka sama, ale były osoby, na które miło było popatrzyć, że ruszyły do przodu ze swoim życiem (brawa dla J.M.!).
Imprezowanie trwało do rana, potem częściowo przeniosło się na parking, koło ruskich koszarów, gdzie siedząc na karimacie rozkminialiśmy filozoficzne problemy.
Potem, powoli, przenieśliśmy się do domu koleżanki, która nas przygarnęła na noc, i gdzieś koło 4-5 poszliśmy spać.
To była szalona noc ;)
Rano, skacowane jak cholera, nad szklaną herbaty, kanapkami i muesli, które zrobiła dla nas kochana mama Z., dokończyłyśmy wieczorne ploty, zastanawiając się co dzieje się u tych, których nie było na zjeździe. Z potwornymi bólami głowy pożegnałyśmy się, licząc na to, że następna okazja do spotkania pojawi się szybciej niż dopiero za 2 lata.
To był naprawdę zajebisty wieczór ;)
Kategorie:
różne,
Wydarzenia,
życie codzienne
poniedziałek, września 06, 2010
1,2,3
Wczorajszy koncert nie był najlepszym, na jakim byłam. Prawdę mówiąc, liczyłam na trochę więcej klasycznych kawałków i trochę mniej najebanej młodzieży w dresach. No, ale czego można spodziewać się po masowej imprezie, gdzie głównym priorytetem uczestników jest zjeść kiełbę i wypić browara ?
W każdym razie, towarzystwo zrekompensowało braki muzyczne i było całkiem fajnie. Miło jest też dowiedzieć się, że całkiem nie wypadło się z wprawy w różnych kwestiach(chociażby superszybkiego wypicia butelki piwa, czy też osiągnięcia stopnia mistrza sarkazmu i ciętej riposty), bo to pociesza mnie, że jeszcze nie jestem takim wrakiem, jak myślałam.
Brakowało mi trochę możliwości potańczenia przy fajnej muzyce (no dobra, nawet nie fajnej, ale tanecznej), i gdy wczoraj udało mi się dotrzeć wreszcie do domu ktoś odczytał moje myśli i zaprosił mnie na wspólne, czwartkowe imprezowanie we Wrocławiu. Nice!
Jutro i pojutrze zamierzam zaś oddać swoje pracowite ręce stadninie, a także potrenować do zawodów, które zbliżają się wielkimi krokami.
Uff, samo pisanie o tym wszystkim zmęczyło mnie tak, że należy mi się teraz wielki kubol herbaty z miodem i malinami. A co.
W każdym razie, towarzystwo zrekompensowało braki muzyczne i było całkiem fajnie. Miło jest też dowiedzieć się, że całkiem nie wypadło się z wprawy w różnych kwestiach(chociażby superszybkiego wypicia butelki piwa, czy też osiągnięcia stopnia mistrza sarkazmu i ciętej riposty), bo to pociesza mnie, że jeszcze nie jestem takim wrakiem, jak myślałam.
Brakowało mi trochę możliwości potańczenia przy fajnej muzyce (no dobra, nawet nie fajnej, ale tanecznej), i gdy wczoraj udało mi się dotrzeć wreszcie do domu ktoś odczytał moje myśli i zaprosił mnie na wspólne, czwartkowe imprezowanie we Wrocławiu. Nice!
Jutro i pojutrze zamierzam zaś oddać swoje pracowite ręce stadninie, a także potrenować do zawodów, które zbliżają się wielkimi krokami.
Uff, samo pisanie o tym wszystkim zmęczyło mnie tak, że należy mi się teraz wielki kubol herbaty z miodem i malinami. A co.
Kategorie:
Wydarzenia,
życie codzienne
poniedziałek, lutego 15, 2010
Czy wiecie że... ?
wtorek, stycznia 26, 2010
It's your lucky day!
Zmęczona, ale szczęśliwa wróciłam dziś do domu, po całym dniu intensywnych wrażeń na uczelni. Pozaliczałam większość przedmiotów na oceny dobre i bardzo dobre (nazwijcie mnie kujonem, a to dowiedzie tylko waszej zazdrości!), zaliczyłam też połowę egzaminu z teorii literatury - w związku z tym wytatuuję sobie dzisiejszą pamiętną datę na tyłku!;)
W dodatku mama zrobiła pierogi ruskie, w domu jest przyjemnie ciepło i miło, aż chce się żyć, mimo tego całego zmęczenia.
Słucham sobie cudownej muzyki (♥ Piers Faccini), piję herbatę z cytryną, w powietrzu unosi się zapach lawendy... aż szkoda przerywać to wszystko, by po raz kolejny usiąść do nauki. No ale cóż, sesja rządzi się swoimi prawami;)
A, byłabym zapomniała.
Wczoraj minął rok, odkąd założyłam tego bloga. Szczerze powiedziawszy nawet nie zauważyłam, kiedy minęło te 365 dni. Czas strasznie zapiernicza, nie da się ukryć. Ale generalnie jestem zadowolona z tego miejsca, a raczej z tego, że zdarza mi się tu pisać nie tylko raz na pół roku;)
Tak więc: Happy BlogBirthday to me!
A na deser - tort w kształcie Mistrza Yody. Spróbować musisz go!
W dodatku mama zrobiła pierogi ruskie, w domu jest przyjemnie ciepło i miło, aż chce się żyć, mimo tego całego zmęczenia.
Słucham sobie cudownej muzyki (♥ Piers Faccini), piję herbatę z cytryną, w powietrzu unosi się zapach lawendy... aż szkoda przerywać to wszystko, by po raz kolejny usiąść do nauki. No ale cóż, sesja rządzi się swoimi prawami;)
A, byłabym zapomniała.
Wczoraj minął rok, odkąd założyłam tego bloga. Szczerze powiedziawszy nawet nie zauważyłam, kiedy minęło te 365 dni. Czas strasznie zapiernicza, nie da się ukryć. Ale generalnie jestem zadowolona z tego miejsca, a raczej z tego, że zdarza mi się tu pisać nie tylko raz na pół roku;)
Tak więc: Happy BlogBirthday to me!
A na deser - tort w kształcie Mistrza Yody. Spróbować musisz go!
niedziela, stycznia 03, 2010
A w nowym roku...
Życzę sobie dużo dystansu, wytrwałości, cierpliwości i optymizmu.
I jednorożców.
Chciałabym, żeby ten nowy rok był tak bardzo różny od poprzedniego. I poprzedniego. Żeby był lepszy, bardziej uśmiechnięty, zadowolony. Żeby nie wylewał łez niepotrzebnie, żeby umiał zamilknąć, kiedy potrzeba; żeby skupił się na sobie i zaczął cieszyć się swoim życiem i szczęściem.
I żebym w przyszłym roku nie musiała życzyć sobie tego wszystkiego, bo po prostu to wszystko osiągnę.
I jednorożców.
Chciałabym, żeby ten nowy rok był tak bardzo różny od poprzedniego. I poprzedniego. Żeby był lepszy, bardziej uśmiechnięty, zadowolony. Żeby nie wylewał łez niepotrzebnie, żeby umiał zamilknąć, kiedy potrzeba; żeby skupił się na sobie i zaczął cieszyć się swoim życiem i szczęściem.
I żebym w przyszłym roku nie musiała życzyć sobie tego wszystkiego, bo po prostu to wszystko osiągnę.
Kategorie:
przemyślenia własne,
Wydarzenia
poniedziałek, grudnia 21, 2009
Meri Kurimasu!
Mama lepi wianki z orzechów, brat puszcza muzykę z Bubble Bubble, tata prysnął sobie złotym lakierem prosto w twarz, ja maluję paznokcie na granatowo. Ach, święta. Jak dobrze być wtedy razem i przeżywać wspólnie te magiczne chwile. :)
Sobie, i Wam, życzę dużo normalności na święta i na co dzień. Wiele radości, śniegu, prezentów pod choinką, uśmiechu i tego, o czym każdy z Was marzy przed zaśnięciem (pomijając różnorakie erotyczne fantazje). Życzę pozytywnego podejścia do świata i ludzi, zwłaszcza tym, którym święta kojarzą się z komerchą, pogańskimi zwyczajami i obłudą. Postarajcie się zawiesić swoje krytyczne uwagi na te 3 dni w roku, by chociaż innym nie psuć tego, na co tyle czekali ;)
I generalnie, Wesołych Świąt - cokolwiek dla kogokolwiek to oznacza ;)

Ps. Ktoś wie czym można usunąć złoty spray z twarzy?
Sobie, i Wam, życzę dużo normalności na święta i na co dzień. Wiele radości, śniegu, prezentów pod choinką, uśmiechu i tego, o czym każdy z Was marzy przed zaśnięciem (pomijając różnorakie erotyczne fantazje). Życzę pozytywnego podejścia do świata i ludzi, zwłaszcza tym, którym święta kojarzą się z komerchą, pogańskimi zwyczajami i obłudą. Postarajcie się zawiesić swoje krytyczne uwagi na te 3 dni w roku, by chociaż innym nie psuć tego, na co tyle czekali ;)
I generalnie, Wesołych Świąt - cokolwiek dla kogokolwiek to oznacza ;)

Ps. Ktoś wie czym można usunąć złoty spray z twarzy?
Kategorie:
Wydarzenia,
życie codzienne
poniedziałek, listopada 09, 2009
Konie. Również te mechaniczne.
Ostatni weekend miałam przyjemność spędzić w bardzo miły sposób. Zaczęło się od sobotniego Hubertusa świętowanego w mojej stadninie. (Dla niewtajemniczonych: Hubertus to święto myśliwych i jeźdźców obchodzone w listopadzie; tradycyjnie częścią imprezy jest tzw. pogoń za lisem - czyli jeden uczestnik gonitwy ma przypięty do ubrania lisi ogon, a reszta stara się go dopaść. Oczywiście na koniach). Była fajna zabawa, ognisko, mnóstwo pysznego jedzenia, fajna ekipa, no i oczywiście gitara i głos Pana Trenera, umilające nam ten miły wieczór ;) Słowem - było świetnie!
W niedzielę zaś byliśmy kibicować M. i K. w ich rajdowej jeździe na KJS (Dla niewtajemniczonych: KJS: impreza samochodowa o charakterze otwartym, gdzie kierowcy mają trasy dojazdowe i próby czasowe). M. był pilotem (z czego nie był do końca zadowolony), a K. kierowcą. Całkiem dobrze szło im latanie seryjną Fiestą, która jeszcze dzień przed zawodami była niesprawna ;p
Prawdopodobnie w niedługim czasie sama zostanę pilotem rajdowym, nie wiem tylko jak przezwyciężę chęć rzygania podczas niepatrzenia na drogę (bo przecież pilot ma ciągle nos w mapie) oraz jak poradzę sobie z moją super orientacją w terenie ;)
No, ale czas pokaże, może okażę się pilotem marzeń?
W niedzielę zaś byliśmy kibicować M. i K. w ich rajdowej jeździe na KJS (Dla niewtajemniczonych: KJS: impreza samochodowa o charakterze otwartym, gdzie kierowcy mają trasy dojazdowe i próby czasowe). M. był pilotem (z czego nie był do końca zadowolony), a K. kierowcą. Całkiem dobrze szło im latanie seryjną Fiestą, która jeszcze dzień przed zawodami była niesprawna ;p
Prawdopodobnie w niedługim czasie sama zostanę pilotem rajdowym, nie wiem tylko jak przezwyciężę chęć rzygania podczas niepatrzenia na drogę (bo przecież pilot ma ciągle nos w mapie) oraz jak poradzę sobie z moją super orientacją w terenie ;)
No, ale czas pokaże, może okażę się pilotem marzeń?
sobota, października 31, 2009
Dick or treat?
piątek, października 30, 2009
Brak słów i trzydniowa głuchota
Środowy koncert Porcupine Tree mogę określić tylko jednym słowem: idealny.
Nie wiem co więcej mogę napisać, widać w pisaniu recenzji nie jestem zbyt dobra, ale wciąż pozostaję pod wpływem tego co się działo.
Kocham Steve'a Wilsona, kocham Porcupine Tree.
I żałuję tylko, że nie zagrali mojego kawałka: Last Chance To Evacuate Planet Earth Before It Is Recycled. No ale może następnym razem.
Anyway, już marzę o ich następnej wizycie w Polsce. :)
Nie wiem co więcej mogę napisać, widać w pisaniu recenzji nie jestem zbyt dobra, ale wciąż pozostaję pod wpływem tego co się działo.
Kocham Steve'a Wilsona, kocham Porcupine Tree.
I żałuję tylko, że nie zagrali mojego kawałka: Last Chance To Evacuate Planet Earth Before It Is Recycled. No ale może następnym razem.
Anyway, już marzę o ich następnej wizycie w Polsce. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
