Zbieram się i zbieram i zebrać się nie mogę, żeby w końcu spreparować tego posta.
To był wariacki miesiąc w moim życiu, które diametralnie się zmieniło.
Wczoraj minął miesiąc, odkąd zaczęłam pracować, a trochę więcej odkąd przeprowadziłam się do Wrocławia i wiodę sobie samodzielne/samotne życie.
Muszę przyznać, że zadziwiająco dobrze to znoszę. W pracy jest nieźle (oprócz tej cholernej nudy), poznałam mnóstwo fajnych i pomocnych ludzi (99% to mężczyźni!), podciągam się z angielskiego i francuskiego i ogólnie jest pozytywnie.
Powoli poznaję Wrocław, choć nie ukrywam, że samej nie mam aż takiej motywacji, żeby wyruszać na wycieczki poza moje małe mieszkanko. Samej po prostu naprawdę nic się nie chce. Nie chodzi mi tu tylko i wyłącznie o brak M., ale też o brak przyjaciół, czy bliższych znajomych, z którymi mogę spędzać czas. Owszem, mam tu brata, na którego mogę liczyć w momentach kryzysu, ale czasem brakuje mi jakiejś bardziej kobiecej duszy, której można się wyżalić, a potem wspólnie schlać i pójść na zakupy (niekoniecznie w tej kolejności).
Generalnie, zaskakująco dobrze sobie radzę. Jestem typem panikary, która nienawidzi zmian, a mimo to jakoś daję radę. Na początku nie byłam nawet strasznie zestresowana, po prostu ze stoickim spokojem przyjmowałam wszystko, co się wydarzyło. Zupełnie jak nie ja. Albo nie. Jak ja, tylko że na prochach uspokajających. A przysięgam, z ręką harcerza na sercu, że nic nie brałam. To chyba dobrze, nie?
I ogólnie kotłuje mi się w głowie milion myśli. Jak je przesieję przez sito i ogarnę, to może pojawi się tu coś więcej.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miejsca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miejsca. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, lipca 16, 2012
poniedziałek, marca 19, 2012
Goodbye, old friend.
Jeśli ktoś kiedyś zadzwoni do was i oznajmi, że ma dla was dwie wiadomości - dobrą i złą - natychmiast odłóżcie słuchawkę, oraz, broń Boże, nie wybierajcie złej wiadomości jako pierwszej do usłyszenia. To zepsuje wam humor na całe dnie.
Popełniłam ten błąd, odebrałam telefon i usłyszałam wiadomość, która do tej pory wyciska ze mnie łzy. Pożegnania zwykle nie są łatwe, a ja wyjątkowo nie daję sobie z nimi rady, tym bardziej, kiedy chodzi o coś bardzo mi bliskiego.
Jedno z moich miejsc na ziemi, moja ukochana macierzysta stadnina, moja kolebka jeździeckich umiejętności przestała istnieć. Trener podjął trudną decyzję o jej zamknięciu, sprzedaży koni i rozstaniu się z nią, pozostawiając nas, swoich wychowanków w wielkim smutku.
Jestem związana z tym miejscem, ludźmi i końmi od ośmiu lat. Były narodziny dzieci, koni, przebudowy stajni, rozstania, powitania nowych członków naszej jeździeckiej rodziny. Były rajdy, ogniska, Hubertusy, zawody, skoki przez przeszkody, zimowe, wiosenne, letnie i jesienne wyjazdy w teren, galopy po lesie, upadki, puchary, radości i smutki. Godziny spędzone w stajni przy pracy przy koniach, walka na polu w upale podczas sianokosów i żniw, praca przy poszerzaniu padoków, obrabianiu marchwi, sprzątaniu boksów, czyszczeniu koni.
Setki godzin spędzonych z ludźmi i końmi, nowymi znajomymi i przyjaciółmi. No i przede wszystkim nasz świetny trener, nauczyciel i przyjaciel, który zawsze miał czas i zawsze był gotów wysłuchać i pomóc. Perfekcyjny jeździec, który na zawsze zostanie moim mistrzem. Spajał to miejsce, sprawiał, że każdy chętnie tam przychodził i zawsze wracał z uśmiechem na ustach.
Będzie mi brakowało Namlikowa najbardziej na świecie i nie wiem czy jeszcze kiedyś wrócę do jeździectwa.
Bo nigdzie nie znajdę takich ludzi i takich koni.
Popełniłam ten błąd, odebrałam telefon i usłyszałam wiadomość, która do tej pory wyciska ze mnie łzy. Pożegnania zwykle nie są łatwe, a ja wyjątkowo nie daję sobie z nimi rady, tym bardziej, kiedy chodzi o coś bardzo mi bliskiego.
Jedno z moich miejsc na ziemi, moja ukochana macierzysta stadnina, moja kolebka jeździeckich umiejętności przestała istnieć. Trener podjął trudną decyzję o jej zamknięciu, sprzedaży koni i rozstaniu się z nią, pozostawiając nas, swoich wychowanków w wielkim smutku.
Jestem związana z tym miejscem, ludźmi i końmi od ośmiu lat. Były narodziny dzieci, koni, przebudowy stajni, rozstania, powitania nowych członków naszej jeździeckiej rodziny. Były rajdy, ogniska, Hubertusy, zawody, skoki przez przeszkody, zimowe, wiosenne, letnie i jesienne wyjazdy w teren, galopy po lesie, upadki, puchary, radości i smutki. Godziny spędzone w stajni przy pracy przy koniach, walka na polu w upale podczas sianokosów i żniw, praca przy poszerzaniu padoków, obrabianiu marchwi, sprzątaniu boksów, czyszczeniu koni.
Setki godzin spędzonych z ludźmi i końmi, nowymi znajomymi i przyjaciółmi. No i przede wszystkim nasz świetny trener, nauczyciel i przyjaciel, który zawsze miał czas i zawsze był gotów wysłuchać i pomóc. Perfekcyjny jeździec, który na zawsze zostanie moim mistrzem. Spajał to miejsce, sprawiał, że każdy chętnie tam przychodził i zawsze wracał z uśmiechem na ustach.
Będzie mi brakowało Namlikowa najbardziej na świecie i nie wiem czy jeszcze kiedyś wrócę do jeździectwa.
Bo nigdzie nie znajdę takich ludzi i takich koni.
Kategorie:
miejsca,
przemyślenia własne,
życie codzienne
wtorek, września 14, 2010
I'm in love with...
...Poznań.
W niedzielne popołudnie, razem z B. mieliśmy okazje skorzystać z darmowej przejażdżki w stronę Poznania, więc, niewiele myśląc, znaleźliśmy dwa wolne łóżka w akademiku blisko centrum i pomknęliśmy w stronę zachodzącego słońca.
Poznań nocą okazał się naprawdę magiczny. Stary rynek oświetlony setkami świateł, piękne kamienice, ratusz, muzeum, teatr - Poznań jest pełen tak pięknych zabudowań, że głowa kręciła mi się ciągle na wszystkie strony, starając się chłonąć jak najwięcej.
Na rynku rozsiedliśmy się w jednej z setek restauracji i z radością testowaliśmy tamtejsze piwo. I potem znów i znów. Każda boczna uliczka kryła w sobie mnóstwo klimatycznych knajpek, barów, klubów czy antykwariatów. O ilości designerskich sklepów nawet nie wspomnę, bo przyprawiały one mój portfel o palpitacje serca.
Po uroczej nocy spędzonej w akademiku udaliśmy się na zwiedzanie. Przebrnąwszy przez zatłoczone w poniedziałkowy poranek miasto, skierowaliśmy się w stronę palmiarni, która pokazała nam środkowy palec, bo w poniedziałki zdecydowała się być nieczynna. Zdecydowaliśmy się zatem wrócić i pójść do Starego Browaru (na który notabene przypadkowo trafiliśmy w nocy - i robi on OGROMNE wrażenie), by obejrzeć to cudo w świetle dnia. Stary Browar to, moim zdaniem, najpiękniejszy obiekt jaki można zobaczyć w Poznaniu (pomijając rynek, kamienice itp.). Potężny obiekt, zbudowany na bazie niegdysiejszego browaru, jest wszystkim tym, co kojarzy mi się ze słowem Industrialny. Idealna synteza czerwonej cegły, stali i szkła (a w środku także i drewna) sprawiła, że ten budynek stanie się moim ulubionym na wieki. Jest niezwykle klimatyczny, pełno w nim śladów poprzedniego życia (kominy, piece, bramy na każdym kroku) i uważam, że z tą klasą budynek ten spokojnie mógłby stać w Nowym Jorku, albo innym światowym mieście. No brak mi słów z zachwytu ;) Z chęcią przygarnęłabym biuro na szczycie, choćby po to, by codziennie móc spacerować do niego żelaznym mostem, rozpiętym między dwoma częściami budynku.
Po szaleństwach w okolicy rynku udaliśmy się na Maltę, gdzie w spokoju kontemplowaliśmy sobie piękno przyrody, popijając piwo i czerwony barszcz. B. nalegał, by udać się do ski resortu nad jeziorem, w celu zjechania z góry na pontonach, ale niestety nadchodzące chmury deszczowe zepsuły nam plany i zagoniły nas do Galerii Malta, gdzie spędziliśmy czas do wieczora. Nie działo się tam nic spektakularnego, ot, galeria, jak galeria, ale jedzenie Big Maka przy gigantycznej szklanej ścianie z widokiem na jezioro robiło wrażenie. I sorbet o smaku mango też.
O godzinie 19 zjawił się nasz transport powrotny, więc uradowani, że nie będziemy musieli więcej chodzić, wskoczyliśmy do auta i pognaliśmy do domu. Pech chciał (a nawet nie jeden, a dwa), że w drodze powrotnej zdarzyły nam się różne niepożądane zawirowania i do domu dotarliśmy dopiero o 24. Na łóżko padłam zmęczona jak mops, ale tego wypadu szybko nie zapomnę. Moje stopy też ;)
W niedzielne popołudnie, razem z B. mieliśmy okazje skorzystać z darmowej przejażdżki w stronę Poznania, więc, niewiele myśląc, znaleźliśmy dwa wolne łóżka w akademiku blisko centrum i pomknęliśmy w stronę zachodzącego słońca.
Poznań nocą okazał się naprawdę magiczny. Stary rynek oświetlony setkami świateł, piękne kamienice, ratusz, muzeum, teatr - Poznań jest pełen tak pięknych zabudowań, że głowa kręciła mi się ciągle na wszystkie strony, starając się chłonąć jak najwięcej.
Na rynku rozsiedliśmy się w jednej z setek restauracji i z radością testowaliśmy tamtejsze piwo. I potem znów i znów. Każda boczna uliczka kryła w sobie mnóstwo klimatycznych knajpek, barów, klubów czy antykwariatów. O ilości designerskich sklepów nawet nie wspomnę, bo przyprawiały one mój portfel o palpitacje serca.
Po uroczej nocy spędzonej w akademiku udaliśmy się na zwiedzanie. Przebrnąwszy przez zatłoczone w poniedziałkowy poranek miasto, skierowaliśmy się w stronę palmiarni, która pokazała nam środkowy palec, bo w poniedziałki zdecydowała się być nieczynna. Zdecydowaliśmy się zatem wrócić i pójść do Starego Browaru (na który notabene przypadkowo trafiliśmy w nocy - i robi on OGROMNE wrażenie), by obejrzeć to cudo w świetle dnia. Stary Browar to, moim zdaniem, najpiękniejszy obiekt jaki można zobaczyć w Poznaniu (pomijając rynek, kamienice itp.). Potężny obiekt, zbudowany na bazie niegdysiejszego browaru, jest wszystkim tym, co kojarzy mi się ze słowem Industrialny. Idealna synteza czerwonej cegły, stali i szkła (a w środku także i drewna) sprawiła, że ten budynek stanie się moim ulubionym na wieki. Jest niezwykle klimatyczny, pełno w nim śladów poprzedniego życia (kominy, piece, bramy na każdym kroku) i uważam, że z tą klasą budynek ten spokojnie mógłby stać w Nowym Jorku, albo innym światowym mieście. No brak mi słów z zachwytu ;) Z chęcią przygarnęłabym biuro na szczycie, choćby po to, by codziennie móc spacerować do niego żelaznym mostem, rozpiętym między dwoma częściami budynku.
Po szaleństwach w okolicy rynku udaliśmy się na Maltę, gdzie w spokoju kontemplowaliśmy sobie piękno przyrody, popijając piwo i czerwony barszcz. B. nalegał, by udać się do ski resortu nad jeziorem, w celu zjechania z góry na pontonach, ale niestety nadchodzące chmury deszczowe zepsuły nam plany i zagoniły nas do Galerii Malta, gdzie spędziliśmy czas do wieczora. Nie działo się tam nic spektakularnego, ot, galeria, jak galeria, ale jedzenie Big Maka przy gigantycznej szklanej ścianie z widokiem na jezioro robiło wrażenie. I sorbet o smaku mango też.
O godzinie 19 zjawił się nasz transport powrotny, więc uradowani, że nie będziemy musieli więcej chodzić, wskoczyliśmy do auta i pognaliśmy do domu. Pech chciał (a nawet nie jeden, a dwa), że w drodze powrotnej zdarzyły nam się różne niepożądane zawirowania i do domu dotarliśmy dopiero o 24. Na łóżko padłam zmęczona jak mops, ale tego wypadu szybko nie zapomnę. Moje stopy też ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)