Jestem jedną z nich. Uświadomiłam to sobie już jakiś rok, półtora roku temu. I nadal w tym tkwię po same uszy. Bo świadomość popełnianych błędów to nie wszystko, potrzeba jeszcze chęci zmiany i aktywności w tym temacie.
Może to śmiesznie zabrzmi, ale syndrom kobiety kochającej za bardzo uznany jest za równie poważną chorobę jak depresja, czy choćby uzależnienie od alkoholu/narkotyków.
Uzależnienie od miłości potrafi zniszczyć życie kobiet, ponieważ w ich pojęciu bez tej miłości nie da się funkcjonować. Nie mają one niczego poza partnerem, dzielą jego zainteresowania, świat, przyjaciół, czas, życie. Wyobraźcie sobie co dzieje się, gdy ta druga osoba chce odejść? Wraz z nią odchodzi cały świat i chęć oraz wola istnienia partnerki. Takie rozstanie stanowi dla kobiety cios w samo serce. Zostaje sama ze sobą, czując, że jej życie zostało rozwalone jak kopnięta budowla z klocków Lego i już nic tego nie poskleja.
Kobiety kochające za bardzo nie kochają siebie samych. Nie chcą robić niczego dla siebie, przedkładając dobro związku, partnera nad swoje własne. Godzą się ze wszystkimi, nawet najgorszymi zachowaniami ze strony partnera. Często obija się to o akceptowanie przemocy słownej, fizycznej, poniżania itd. Nie chcą tego, ale boją się odejść - bo życie bez drugiej osoby oznacza dla nich życie w niebycie.
Na stronie www.kobieceserca.pl jest kilka psychotestów, które można rozwiązać, by dowiedzieć się jakie są nasze relacje w miłości.
Rozwiązałam takie testy. I nie muszę chyba dodawać, że zapaliła się czerwona kontrolka "Danger!"...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiety. Pokaż wszystkie posty
czwartek, kwietnia 15, 2010
poniedziałek, stycznia 26, 2009
Miss Obama
Po przeczytaniu artykułu "Nowe szaty królowej" z sobotniego wydania Wysokich Obcasów złapałam się za głowę. Tekst ten dotyczył nowej amerykańskiej pierwszej damy, Michelle Obama, która na równi ze swym mężem stała się obiektem dyskusji ze strony wszystkich amerykańskich pismaków. Osobiście nie mam nic przeciwko tej pani, uważam, że jest naprawdę sympatyczna i tworzy ze swoim mężem ładną parę. Martwi mnie jednak to, że właściwie to jedyna rzecz o jakiej mówią na jej temat Amerykanie. Ze wszystkich stron sypią się słowa i opinie dotyczące jej stroju w tym i tym dniu, na takiej czy innej uroczystości. Interesują się tym nie tylko przeciętni zjadacze chleba, ale może nawet przede wszystkim znane i cenione pisma. Rozumiem, że gdy jest się pierwszą damą to głównie chodzi o to, by ładnie prezentować się na zdjęciach i okolicznościowych znaczkach, ale dlaczego, do cholery, nikt nie mówi o Michelle Obama jako o świetnym prawniku i socjologu, doskonale wykształconej kobiecie i cudownej matce? Bo nie wolno jej taką być. Gdy była sobą, gdy wyrażała swoje racje i poglądy publicznie okazało się, że około 35% ankietowanych Amerykanów jej nie lubi - dla dobra kampanii jej męża musiała więc zmienić taktykę i wizerunek. Przestała być walczącą o prawa kolorowych i interesującą się polityką kobietą i zamieniła w piękny obraz, który należy tylko podziwiać. Zdaję sobie sprawę, że pierwsza dama to nie prezydent, ale dlaczego tak strasznie deprecjonują jej pozycję i robią z niej tylko i wyłącznie śliczną, ładnie ubraną laleczkę, której jedynym zadaniem jest dobrze wyglądać u boku prezydenta(co okazuje się jednak nie takie łatwe, bo jak pokazują WO, Amerykanie również mają wiele do powiedzenia w kwestii ubioru - ta sukienka nie pasuje, tamta zbyt krzykliwa, tamta zbyt ciemna, ta za droga itd.). Idealne w tej sytuacji wydaje się stwierdzenie z WO, mówiące o tym, że "pierwsza dama została zredukowana do kiecki".
Pani Obama, serdecznie pani współczuję. Nigdy nie chciałabym, żeby miliony ludzi na świecie wtykało nos do mojej szafy. Co więcej, nie chciałabym żeby interesowało ich we mnie tylko i wyłącznie to, co założę na sobotnią inaugurację mojego męża lub czy sukienka, którą mam na sobie nie jest zbyt droga - bo w dobie kryzysu gospodarczego byłoby to rzeczą wielce nietaktowną w oczach wszystkich Amerykanów.
Pani Obama, serdecznie pani współczuję. Nigdy nie chciałabym, żeby miliony ludzi na świecie wtykało nos do mojej szafy. Co więcej, nie chciałabym żeby interesowało ich we mnie tylko i wyłącznie to, co założę na sobotnią inaugurację mojego męża lub czy sukienka, którą mam na sobie nie jest zbyt droga - bo w dobie kryzysu gospodarczego byłoby to rzeczą wielce nietaktowną w oczach wszystkich Amerykanów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)